Menu Region

Byłem bezczelnym gnojkiem

Byłem bezczelnym gnojkiem

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Rozmawiał Marcin Kostaszuk

1Komentarz Prześlij Drukuj
Rok temu niepewny przyszłości rockman przed dyplomem z psychologii, dziś gwiazda muzycznej alternatywy, szef festiwalu w Jarocinie, wielbiciel lat 80. i przeciwnik konfekcjonowanego buntu. Kto? Lider zespołu Muchy.
Cofnijmy się w czasie do lipca 2007 roku. Czy możesz opisać siebie sprzed roku?
Byłem przestraszonym studentem piątego roku, który miał półtora rozdziału pracy magisterskiej. Chociaż nie, w lipcu już przygotowywałem się do obrony. I miałem zespół, który właśnie wydał pierwszy singiel, dzielony z inną grupą. Graliśmy jeden, dwa koncerty miesięcznie i nie mieliśmy żadnych nadziei, że będzie z tego coś więcej.

Gdyby wtedy, zaraz po magisterce, pojawiła się dobra oferta pracy, byłbyś w stanie rzucić Muchy w kąt i zająć się zarabianiem pieniędzy?
To było do zrobienia, bo przyszłość Much to loteria nawet teraz. Ciągle jesteśmy na etapie wchodzenia na rynek i albo się na nim zakotwiczymy, albo wylecimy, jak wiele innych dobrze zapowiadających się pierwiosnków.

Nie nagraliście dwóch przebojów, tylko solidną płytę z co najmniej ośmioma dobrymi, zapadającymi w pamięć piosenkami. To już kapitał na tyle mocny, że sporo ludzi czeka na wasze koncerty i nową płytę.
Mnie nie wypada tak mówić.

A mnie już tak. Wróćmy do przeszłości.
Byłem przestraszony końcem studiów, bo istnienie zespołu blokowało podjęcie jakiejkolwiek pracy na etacie. Taka sytuacja trwała do listopada, gdy nasza debiutancka płyta zaistniała w mediach. Wtedy pomyśleliśmy, że może warto dać szansę muzyce. Dużą rolę muszę tu przypisać Kasi Nosowskiej i Pawłowi Krawczykowi z zespołu Hey, którzy na wspólnej trasie koncertowej uparcie karmili nasze serca nadzieją. Mówili: "U was nic się nie może nie udać, macie wszystko, czego potrzebuje debiutująca kapela. Jak pójdziecie do roboty, możecie to stracić na zawsze".

Co studiowałeś?
Psychologię i podyplomowe studium public relations.

Dlaczego psychologia?
Egzaminy i późniejsza nauka na tym kierunku najlepiej pasują do mojej natury, mojego postrzegania świata. Myślałem o realizacji dźwięku, ale nie byłem w stanie nauczyć się zawartości 20 tomów matematyki i fizyki. Z muzykologii wyleczył mnie kolega z Akademii Muzycznej, który studentów tego kierunku nazywał po prostu grotołazami. A psychologia jest uniwersalną dziedziną, dającą dużą wiedzę o ludziach. Każdy powinien najpierw skończyć psychologię, a dopiero potem specjalizować się w innym zawodzie. Ja zyskałem bardzo szeroką, może nawet zbyt szeroką, wiedzę o sobie i o tym, jak radzić sobie z problemami, komunikować się z innymi. To są banały, ale naprawdę tak jest.

Co to jest ta zbyt szeroka wiedza o sobie?
Za bardzo wnikasz w siebie i odkrywasz coś, czego się nie spodziewałeś.

A konkretnie?
Takie rozmowy nie wychodzą poza gabinet psychologa, a tym bardziej nie idą drukiem w kilkuset tysiącach egzemplarzy (śmiech). Można się przekonać, co cię pociąga, czego się boisz, jakie są twoje życiowe determinanty. Dowiadujesz się na przykład, że pewne zachowania nerwicowe wynikają z faktu, że zawsze stawiano przed tobą wysokie wymagania.

Kim są twoi rodzice?
Mama jest już na emeryturze, ojciec ma niedużą firmę z artykułami metalowymi. Ojciec studiował w latach 60. w Akademii Morskiej w Gdyni, mama na Politechnice Szczecińskiej. Oboje przerwali studia z powodu mojego brata, który im się przydarzył na trzecim roku. Wtedy nikt studentom z dzieckiem nie szedł na rękę. W pewnym momencie życia ojciec wyjechał za granicę zarabiać pieniądze i zostałem w domu z mamą i bratem. Skłamałbym, gdybym powiedział, że czegoś nam brakowało w sensie materialnym. Ważne było co innego: że jak dostawałem w szkole piątkę, to znaczyło, że jest OK, normalnie, choć mogło być lepiej. Z tego wynikają pewne mutacje nerwicy natręctw - stajesz się typem zaciekłym, dążeniowym i nigdy nie odpuszczasz, co w chwili niepowodzenia może skutkować problemami... Ale nie rozmawiajmy jak w gabinecie.

Innymi słowy, każdą sferę życia zacząłeś postrzegać jak wyzwanie, zadanie do jak najlepszego wykonania?
Zgadza się. Dopiero w trakcie studiów zdałem sobie sprawę, że zadanie może się udać albo nie. Wcześniej wykluczałem tę drugą możliwość, szedłem po trupach do celu, wyrzekałem się snu i wszystkich innych wygód. Teraz podchodzę do życia inaczej.

To teraz. A na etapie szkoły, liceum? Byłeś przywódcą stada czy prymusem wyrzutkiem?
Ludzie albo mnie lubili, albo się mnie bali.

Gdy przezywali cię Saszka-wiraszka, waliłeś w mordę?
To w podstawówce. Od ósmej klasy nie pamiętam, żebym kogoś uderzył pierwszy. Raczej byłem złośliwym, bezczelnym gnojem. Ale byłem lubiany i w jakiś sposób ceniony.

Liceum stonowało nastroje?
Po romantyzmie na polskim kupowałem tanie wino - wtedy jeszcze sprzedawali nieletnim - i szedłem nad rzekę Inę. Zaczął się pozytywizm i ja nie mogłem tego przeżyć.

Ze Stargardu przeprowadziłeś się do Poznania.
Miałem tam chrzestną, siostrę mamy. Spędzałem u niej wszystkie wakacje i ferie, niemal cały czas wolny. Wybór miasta, do którego pojadę na studia, był oczywisty.

Muchy były kolejnym zadaniem, tym razem muzycznym?
Powoli. Na początku była szkoła muzyczna, do której mama zapisała mnie na gitarę w 1991 roku. Po trzech latach zostałem z niej wydalony. Z pierwszą nauczycielką, panią Dorotką, było cudownie. Pytała, kto jest moim ulubionym gitarzystą - przyniosłem kasetę Guns N'Roses z okładką, na której był Slash z gołym torsem. Ona to zrozumiała, ale gdy odeszła na urlop macierzyński, z kolejną nauczycielką takiej nici porozumienia nie znalazłem. Miałem grać i śpiewać jakiś "Zielony mosteczek" i po krótkim czasie przestałem przychodzić na lekcje.

Z podstawówki cię nie wyrzucili?
Nie mogli. Każdy rok kończyłem z czerwonym paskiem, lis-tem gratulacyjnym i stypendium. To frajerskie, ale tak było.

I co dalej z gitarą?
Szkoła muzyczna zabiła we mnie pasję grania na pięć lat. W ogóle nie dotykałem gitary, kojarzyła mi się z obowiązkiem, udręką, śpiewaniem dyrdymałów i rozpoznawaniem, jaki instrument naśladuje jakie zwierzątko.

Mówiąc krótko, polska szkoła muzyczna rockowego gitarzysty nie wychowa...
Właśnie. W liceum zawiązała się paczka kumpli słuchających Dezertera, Green Daya, NOFX, Pidżamy Porno, The Doors i Joy Division. Dyrektor udostępnił nam salę chemiczną i po lekcjach sobie tam rzępoliliśmy. Zespół nazywał się Kontrapunkt, graliśmy własne straszne bzdury folkowo--rockowe i covery: The Doors, Marleya, Iggy'ego Popa i takiego łódzkiego barda Janusza Reichela. Gdzieś mam jeszcze naszą płytę z tych czasów, ale nikomu tego nie pokażę, żeby przypadkiem nie puścił tego w sieć (śmiech).

Myślałeś już wtedy o poważnym graniu?
Wszystko działo się spontanicznie. Pierwszego dnia na studiach poznałem Piotra Maciejewskiego (dziś gitarzystę Much - przyp. red.). Okazało się, że podobnie myślimy o muzyce. Zaczęliśmy łazić z gitarami na imprezy i jak już wiara popiła, to dawali nam pograć. To graliśmy, ale nic z tego nie wynikało. Mieliśmy dwie dziadowskie gitary, więc zaczęliśmy ciułać pieniądze - stypendia naukowe, składki od rodziców, wszystko do woreczka. Pod koniec 2002 roku wybuchła we mnie pasja słuchania rockabilly spod znaku Komet - na forum tego zespołu poznałem Szymona (Wali-szewskiego, dziś perkusistę Much - przyp. red.). Zgadaliśmy się i mieliśmy już bębniarza. Ale dzięki Tomkowi Goehsowi znaleźliśmy salę prób na poznańskiej Starołęce.

Co jeszcze poświęciłeś dla marzenia o graniu?
Na przykład pojechałem do Irlandii do pracy, by złożyć się na nagranie "Galanterii", naszego pierwszego dema. Wyszło po 850 złotych. Ale moment przełomowy, gdy uwierzyliśmy w siebie, nastąpił 9 lutego 2006 roku - zagraliśmy koncert w klubie Cafe Mięsna, na który prawie bez żadnej promocji przyszło 150 osób. Pełny klub, do zapchania.

Jakim cudem?
Poczta pantoflowa. Potem znowu nic się nie dzieje i nagle 2 września, dzień przed meczem z Serbią (1:1 - przyp. red.), dzwoni Piotr Stelmach i zaprasza nas do "Offensywy", swojej audycji w Trójce. Wyskoczyłem z radości w powietrze. Zagraliśmy w radiu, potem w Studiu im. Agnieszki Osieckiej, no i powstała idea wspólnego singla z zespołem Renton. Wtedy już zespół rodził się medialnie w internecie.

O powodzeniu zadecydowały też koncerty. Największy, który zagrałeś, odbył się...
...tydzień temu, na Open'erze w Gdyni. Tyle tysięcy widzów widziałem wcześniej tylko na Przystanku Woodstock, na który jeździłem od 1998 roku. Do Gdyni przyjechałem zmęczony, ale organizacja była tak perfekcyjna, że musiałem tylko założyć opaskę i poczekać na sofie na swoją kolej.

Za tydzień role się odwrócą i to ty będziesz facetem odpowiadającym za festiwal. Jak to się stało, że zostałeś szefem tego bądź co bądź legendarnego Jarocina?

Propozycję dostał najpierw Łukasz Minta, szef agencji koncertowej Go Ahead. On tego nie mógł pogodzić ze swoimi projektami, ale zarekomendował mnie. Wystartowałem w konkursie z pięcioma innymi kandydatami i wygrałem.

Być może władze Jarocina zainspirował przykład Mysłowic. Artur Rojek doskonale pogodził rolę lidera rockowego zespołu i szefa Off Festiwalu.
Może coś w tym było, ale ja nie mogę się porównywać do Rojka, brakuje mi pięciu płyt i dziesięciu lat. Władze Jarocina mają wizję odnowienia festiwalu, do której pasuje człowiek mojego pokroju, wchodzący z zespołem na rynek podobno w drapieżny sposób.

Na ile w tej roli przydaje się doświadczenie muzyka, a na ile studia w Akademii Ekonomicznej?
Dwa do ośmiu na korzyść studiów. 80 procent roboty to papierki, mejle, negocjacje. Nie mamy żadnego sponsora - ani generalnego, ani tytularnego. W tym roku muszą wystarczyć wpływy z biletów i dotacji. Za rok, żeby się rozwijać, będziemy musieli mieć sponsora.

Przydają się kontakty sceniczne?
Wiedza wyniesiona z koncertów jest bezcenna, bo u nas ciągle pokutuje etos organizowania dożynek.

Ile razy miałeś ochotę to rzucić?
O Jezu, wiele razy. Ale ja się tak łatwo nie poddaję. Tak samo się nie poddałem z Muchami, gdy graliśmy za zwrot kosztów podróży, jedzenie i parę groszy na kawę.

To teraz postaw tego faceta sprzed roku obok i spójrz w lustro. Kogo widzisz?
Faceta samodzielnego, bardziej pewnego siebie. Mniej przestraszonego, ale z takimi samymi ambicjami i nadziejami.

Lubisz podsumowania?
Bardzo. A co do Jarocina, to umówmy się - nie pojechałem tam, żeby przez 30 lat mieć stołek. Mam trzyletni kontrakt menedżerski. A Muchy to moje dziecko, którego się nie wyrzeknę.

Nieoczekiwaną opiekunką dla tego dziecka stała się Halina Frąckowiak, z którą nagraliście właśnie nową wersję jej dawnego przeboju "Papierowy księżyc". Co was pociąga w tej postaci?
Wszystko. To jest kobieta inteligentna, czarująca, utalentowana, szczera w tym, co robi. Propozycja wyszła od Piotra Stelmacha, ale zdarzało się nam już dawniej grać "Papierowy księżyc" na koncertach. Dla mnie to jest sposób na zetknięcie się z magią lat 80. Wtedy dorastałem, słuchając Republiki, China Crisis i Spandau Balet...

Ci, którzy w latach 80. grali w Jarocinie, byli programowo zbuntowani przeciwko oficjalnej scenie muzycznej, którą reprezentowała między innymi Halina Frąckowiak.
A co zaproponowali w zamian? Siermięgę!

Może i tak, ale to było wtedy najważniejsze przeżycie pokoleniowe młodych ludzi. Siermięga wynikała z innych przyczyn.
Tak, siermięga ma piękną podkładkę w postaci barykady, na której trzeba było walczyć z komuną. Ale dziś tej barykady już nie ma.

No właśnie. Tworzysz muzykę, a przy okazji festiwal dla ludzi, którzy już nie muszą się buntować.
To trudniejsze zadanie. Ubrać coś w konfekcjonowany bunt jest łatwiej. Ja mam ambicję wpisać się w tradycję polskiej piosenki. Dlatego nie śpiewam po angielsku, nie gramy jak The Strokes. Z drugiej strony jest jakaś endogenna potrzeba wypuszczania energii twórczej. Jeśli grasz na gitarze, pi-szesz teksty i wychodzisz na scenę, to jesteś w jakimś stopniu narcyzem. Nie ma bata, kto temu przeczy - kłamie. Potrzeba pisania piosenek nie jest wykalkulowana. "Galanterii" nie pisałem, żeby ludzie śpiewali to na koncertach.

Będę się upierał, że jeśli nie masz dobrego tekstu i jakiejś idei, to nie masz piosenki.
To ja ci zaśpiewam. "Już pod koniec dnia widzę obraz twój..." (śmiejąc się, nuci przebój zespołu Feel). Nie miałem ambicji wyznaczania komuś drogi życiowej, wolałem snuć pejzaże, opowiedzieć historię tego, co się dzieje. Nie ma barykad, trudno dziś podpinać się pod bunt i na tym się opierać. Za czasów świetności Jarocina też tak było - parę ważnych osób, głosów pokolenia, i całe mnóstwo naśladowców, którzy wiedzieli, że jeśli zaśpiewają coś o księżach czy komunie, to ludzie to kupią.

Jednym słowem, Michał Wiraszko to nie buntownik, tylko szyderca?
Romantycy polscy wezwali romantyków francuskich do poparcia powstania w Polsce. Francuzi odpowiedzieli: "Wy krwi upuśćcie, myśmy zblazowani". Mam w d... politykę, nie będę kumał się z Grobelnym, Libickim, Kaczyńskim, Tuskiem, Bushem czy Miedwiediewem. Nie jestem anarchistą, natomiast nie wiem, co by musiało się stać, żebym się włączył w ten świat. Chyba tylko jakaś nasza pomarańczowa rewolucja.

Polacy mają już chyba za dobrze, żeby robić rewolucję.
I chwała Bogu. Wolę Wojaczka niż Broniewskiego.

***

Napisz do autora: m.kostaszuk@glos.com
1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

tajemnicza sprawa

0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

pm (gość)  •

bardzo fajny wywiad, ale jak się nazywa ten Pan z którym rozmawiano? :)

odpowiedzi (0)

skomentuj