Rozmowy Jarosława Kaczyńskiego z Markiem Jurkiem mogą mieć kilka przyczyn. Pierwsza to sprawa nie bez znaczenia w PiS, czyli osobisty sentyment prezesa, zresztą podzielany przez bardzo wiele osób.
Druga sprawa to chęć spacyfikowania potencjalnej konkurencji politycznej, ale nie tyle dla PiS, co dla Lecha Kaczyńskiego, bo Jurek zaczynał jawić się jako bardzo prawdopodobny drugi kandydat na prawicy. Co więcej, poparcie go rozważały środowiska tak odległe od siebie jak ludzie Radia Maryja z jednej strony, a z drugiej umiarkowani konserwatyści z otoczenia Kazimierza Ujazdowskiego.
To efekt szacunku, jakim się cieszy po prawej stronie były marszałek. Jurek - co przyznaje nawet wielu jego przeciwników - to wyjątkowo jak na polityka przyzwoity i kulturalny człowiek, w dodatku dobrze wykształcony i inteligentny.
Ale nie oszukujmy się - wielkiej odbudowy PiS w dawnej postaci z tego nie będzie.
A nawet wątpliwe, czy ta inicjatywa potrwa długo. Tak naprawdę Kaczyńskiego od polityków podobnych Jurkowi dzieli nie tylko osobista animozja, ale i całkowicie inny pomysł na funkcjonowanie polskiej polityki. Pod tym względem liderowi PiS już bliżej do premiera i szefa PO niż do byłych towarzyszy walk o prawą flankę.
Jeśli lider PiS przyjmie na pokład polityków pokroju Marka Jurka, za jakiś czas znowu natknie się na żądania "demokratyzacji" partii, co będzie grozić rozpadem
Liderzy wielkich partii stawiają na skuteczność, czyli organizacje zorganizowane na wzór armii, gdzie przywództwo jest skupione w jednym ręku, a od decyzji Kaczyńskiego czy Tuska zależy być albo nie być innych polityków. Jurek, a także Ujazdowski czy Olechowski zwracali uwagę, że ofiarą owej centralizacji pada merytoryczność polityki, a owa skuteczność coraz bardziej zaczyna przypominać dowcip o budowie Dworca Centralnego, gdzie budowniczy tak zasuwali z taczkami, że nie mieli czasu ich ładować.
Szczerze mówiąc, trudno sobie wyobrazić, po co lider PiS miałby ponownie przyjmować tych z drugiej strony barykady. Jeśli to zrobi, zaraz znowu natknie się na żądania "demokratyzacji" swojej partii, które będą grozić jej rozpadem, bo bardzo prawdopodobne, że ów wodzowski system władzy to najważniejsze spoiwo PiS i że bez niego partia ta miałaby krótki żywot - szczególnie gdy spuszczone ze smyczy koterie rzuciłyby się sobie do gardeł.
Czy więc kariery tych polityków po drugiej stronie barykady są pogrzebane? Niekoniecznie. Antoni Dudek, nie tylko historyk, ale też bardzo bystry analityk współczesności, zauważa, że momentem, który buduje i burzy formacje polityczne, są w Polsce nie wybory parlamentarne, a prezydenckie. To po nich powstały AWS czy PO i to one pogrzebały UW.
Bardziej prawdopodobne, że za rok pogrzebią one PiS, rodząc w miejsce tej partii coś nowego, z nowym liderem, ale i los PO wcale nie jest zagwarantowany. Marek Jurek to dziś konkurent prezydenta na prawicy, kandydat konserwatywnych środowisk skłóconych z PiS. I to w dłuższej perspektywie dużo bardziej możliwy scenariusz niż jego powrót do jego dawnej partii.