W nadchodzących dniach czekają nas aż dwie wielkie jubileuszowe akademie.
Gdy w latach 50. rodził się rock and roll, mało kto wierzył, iż historię nowego gatunku będzie się mierzyć w dekadach. A jednak. Hasło: "żyj szybko, umieraj młodo", nie dla każdego okazało się atrakcyjne i wielu rockowych rozrabiaków przeobraziło się niepostrzeżenie w dostojnych dżentelmenów po pięćdziesiątce, którzy wciąż, w myśl zasady: jeszcze muza nie zginęła, póki my żyjemy, próbują podtrzymywać na scenie dawny ogień. I trudno im się dziwić, że uwielbiają jubileusze. Wszak to znakomita okazja, by przypomnieć sobie czasy świetności i jeszcze raz sięgnąć po nieśmiertelne hity sprzed lat.
Najlepszym przykładem na naszym podwórku jest Budka Suflera, która właśnie hucznie obchodzi 35-lecie działalności.
To zespół wyjątkowy. Dla jednych Krzysztof Cugowski, Romuald Lipko i Tomasz Zeliszewski stanowią najbardziej upiorne uosobienie rockowej geriatrii i dawno już powinni odejść na zasłużoną emeryturę. Dla innych natomiast są żywym pomnikiem polskiego rocka, kopalnią ponadczasowych przebojów i jednym z nielicznych krajowych zespołów, którym udało się połączyć zahaczające o progresję ambicje artystyczne z gigantycznym sukcesem komercyjnym.
Racja leży zapewne gdzieś pośrodku. Nie sposób bowiem odmówić Budce zarówno gigantycznych zasług na polu krzewienia rockowej sztuki (takie albumy jak "Cień wielkiej góry" czy "Za ostatni grosz" to dziś absolutna klasyka), jak i niebywałego talentu do tworzenia superszlagierów (od "Jolka, Jolka pamiętasz" po "Takie tango"). Ale trzeba również uczciwie przyznać, iż formuła zespołu zdecydowanie się wypaliła, a i on sam ma ostatnimi czasy spore problemy z przebiciem się do słuchaczy z nowymi piosenkami. Zdają sobie z tego sprawę również sami muzycy, którzy coraz bardziej otwarcie mówią o definitywnym zakończeniu kariery.
Zanim jednak raz na zawsze oddadzą się urokom emeryckiego żywota, postanowili pożegnać się z fanami w wielkim stylu. Efektem tych zabiegów jest najnowsza, pierwsza od pięciu lat płyta "Zawsze czegoś brak" oraz seria wielkich koncertów z okazji 35. urodzin zespołu. Ten najważniejszy już w sobotę odbędzie się w Sali Kongresowej.
Nie zabraknie zarówno premierowych piosenek z nowego albumu, jak i wszystkich najważniejszych kompozycji Budki. A obok trzech regularnych suflerów (wspieranych przez grupę doborowych muzyków) na scenie pojawią się ludzie, którzy w przeszłości odcisnęli swoje piętno na historii grupy: Izabela Trojanowska, Urszula oraz zastępujący Cugowskiego w latach 1976-1984 wokaliści Romuald Czystaw i Felicjan Andrzejczak. Zapowiada się zatem iście szampańska fiesta. I pomyśleć, że pierwsza, zarejestrowana dokładnie 35 lat temu piosenka zespołu, "Sen o dolinie", zaczynała się od słów "Znowu w życiu mi nie wyszło"...
Ale to nie koniec muzycznego wspominania dawnych czasów. W tym roku przypada bowiem także 40. rocznica najważniejszej jak dotąd imprezy w dziejach rocka - legendarnego festiwalu Woodstock. Z tej okazji podczas tegorocznego Przystanku Woodstock w Kostrzyniu nad Odrą można było zobaczyć specjalny spektakl, w którym polscy artyści oddali hołd swym idolom sprzed czterech dekad. A bawili się przy tym (wraz z kilkusettysięczną publiką) tak dobrze, że postanowili jeszcze przed końcem roku to powtórzyć.
I dlatego już w najbliższą środę na Torwarze znów zabrzmią doskonale znane dźwięki "Hey Joe", "With A Little Help From My Friends" czy "Cry Baby" w wykonaniu śmietanki rodzimego rocka. Swój udział zapowiedzieli m.in. Kasia Kowalska, Ewelina Flinta, Wojciech Waglewski, Adam Nowak, Robert "Lica" Friedrich, Artur Gadowski, Darek Kozakiewicz oraz Piotr i Wojciech Cugowscy (równie muzykalni co tatuś synowie frontmana Budki Suflera). Na scenie będą im dodatkowo towarzyszyć soliści, chór i orkiestra Mazowieckiego Teatru Muzycznego Operetka im. Jana Kiepury.
Każdy z zaangażowanych w projekt artystów nie ukrywa, że dokonania gwiazd "oryginalnego" Woodstock (od Jimiego Hendriksa i Janis Joplin po Carlosa Santanę i Joe Cockera) wywarły ogromny wpływ na ich własną twórczość. A - jak wiadomo - nie ma dla muzyka nic przyjemniejszego niż granie piosenek swoich idoli. Szczególnie jeśli te piosenki po 40 latach nic a nic się nie zestarzały. A gdy muzyk szczęśliwy, to i słuchacz nie ma powodów do narzekania.