Menu Region

Frustracja superbohatera

Frustracja superbohatera

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Marek Świrkowicz

Prześlij Drukuj
Na początku spieszymy ostrzec oddanych fanów jazzu: "Hancock" nie ma nic wspólnego z biografią genialnego pianisty Herbiego Hancocka. To aktorski popis Willa Smitha.
Choć obydwaj są czarni, nie stronią od napojów wyskokowych i dysponują nadzwyczajnymi zdolnościami, zbieżność nazwisk jest całkowicie przypadkowa.

W filmowego Hancocka wciela się Will Smith. Czarnoskóry przystojniak już w zeszłorocznym "Jestem legendą" udowodnił, że w rolach samotnych herosów spisuje się na medal. Hancock z pewnością nie odróżniłby fortepianu od zmywarki do naczyń - ale to zrozumiałe. Ma na głowie sprawy wagi państwej: jest bowiem typowym reprezentantem plemienia superbohaterów, które od lat zaludnia z sukcesami kinowe ekrany.

No, prawie typowym. Bo choć - jak na każdego hollywoodzkiego superherosa przystało - nie starzeje się, jest odporny na wszelkie ataki z ziemi i powietrza, potrafi latać z szybkością odrzutowca i dysponuje krzepą zdolną zatrzymać pędzący pociąg, nie czuje się dobrze w swojej roli. Olewa wszystko i wszystkich, nie przebiera w słowach, nosi się niczym pospolity kloszard, sypia na ławce w parku, a jego wiecznie zaprawiony procentami superbohaterski oddech zwala z nóg porządnych obywateli.

Nic dziwnego, że mają oni swego superfrustrata najzwyczajniej dość. Bo nawet, gdy Hancock od niechcenia oddaje się swoim powinnościom i z flaszką w dłoni ratuje od zguby ofiary przestępstw i wypadków, generuje straty nierzadko przewyższające korzyści. Zniszczone budynki czy setki rozbitych w drobny mak samochodów to stały efekt uboczny jego działań.

I zapewne wcześniej czy później miarka by się przebrała, gdyby nie osoba pewnego ambitnego PR-owca Raya (Jason Bateman), któremu nasz bohater ocala skórę. Ambitny spec od kreowania wizerunku postanawia pchnąć wątpliwy image Hancocka na właściwe tory. Bo doskonale zdaje sobie sprawę, że prawdziwy superbohater to nie tylko kłębek supermocy, ale też odpowiedni image.

Wyobrażacie sobie Supermana, który zamiast gustownych czerwonych supermajtasów i pelerynki ma na sobie stare dżinsy i sprany T-shirt? W dodatku latającego slalomem i klnącego na potęgę? W kinowym wszechświecie to nie do pomyślenia.

Dlatego prowadzony ręką scenarzystów Hancock gładko poddaje się zabiegom Raya: dla przykładu idzie do więzienia, rozpoczyna owocną współpracę z policją, wdziewa nawet lśniący obcisły kostium. A rewelacyjnie rozpoczęty film skręca ze ścieżki dekonstrukcjonistycznej satyry w stronę tradycyjnej, naszpikowanej efektami specjalnymi superbohaterskiej opowieści z morałem.

Pomimo to (i pomimo pojawiających się w amerykańskiej prasie zarzutów o rasizm: w końcu pierwszy czarny superbohater z prawdziwego zdarzenia został pokazany jako pijak i abnegat) superbohaterski odpowiednik Biga Lebowskiego z pamiętnego filmu braci Coenów wyjątkowo przypadł do gustu widzom za oceanem.

W ciągu pierwszego tygodnia film zarobił tam ponad 112 mln dol., co stawia go w ścisłej czołówce tegorocznych otwarć kinowych. W rankingu Hancocka wyprzedzili jedynie Indiana Jones, Iron Man i disneyowski robot Wall-E. Jak widać, superbohaterowie są w cenie. Nawet jeśli trochę zbyt często zaglądają do kieliszka.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się