(© Edyta Ganc/POLSKA)
rozmawia Michał Karnowski
2009-11-06 14:31:19, aktualizacja: 2009-11-06 14:32:16
Nie jesteśmy ani potęgą, ani malutkim krajem. Ta pozycja nakazuje szczególną troskę o własną niepodległość i konsekwentną budowę pozycji w regionie - mówi Jan Ołdakowski w rozmowie z Michałem Karnowskim
Czy kwestia niepodległości, dbałości o jej zabezpieczenie, jest dziś w Polsce czymś w życiu publicznym istotnym, ważnym? Czy może zajmujemy się tylko kwestią ciepłej wody w kranach i dobrych dróg, jakością naszego życia?
Na pewno korzystamy ze spokoju w Europie i pojawia się pokusa, żeby uznać, iż to jest sytuacja dana raz na zawsze. Że to koniec historii. Ale to byłby błąd i złudzenie. Rosną wokół nas potęgi o ambicjach mocarstwowych. Wojna w Gruzji pokazała, że w XXI wieku możliwy jest konflikt o charakterze XX-wiecznym. Brutalna, zwykła agresja jednego państwa na drugie, atak czołgami, atak samolotami. I na taki atak w ogóle nie jesteśmy przygotowani. Lokalizacje naszych wojsk niewiele różnią się od tego, co zastaliśmy w roku 1989, kiedy byliśmy częścią planu ataku bloku sowieckiego na Zachód, w naszym wypadku na Danię.
Co więcej, lokalizacje poważnych instalacji NATO też zatrzymały się w czasie. Nie ma w Polsce dużych i ważnych obiektów paktu północnoatlantyckiego. Czymś takim mogła być tarcza antyrakietowa, ale jej nie będzie.
Dokładnie. Więc jaka jest nasza sytuacja? Niedawno Rosja i Białoruś ćwiczyły w wielkich manewrach wojskowych, na serio, atak na Polskę. Potraktujmy to na chwilę poważnie i zastanówmy się, jakie możliwości obrony mielibyśmy w takim wypadku? Poważne analizy wprost mówią, że wychodząc z Kaliningradu, wojska rosyjskie w ciągu 24 godzin dojeżdżają do Nowego Dworu Mazowieckiego, niezatrzymywane przez żadne znaczące polskie siły. I gdy myślę o polskiej niepodległości, martwi mnie taka nasza słabość.
Świat jest w ruchu. Rosja, Niemcy, Stany Zjednoczone się zmieniają, modyfikują swoje ambicje, zaangażowanie w danych regionach. Widzimy to?
Powinniśmy. Także w sferze kultury. Rosjanie kręcą dziesiątki filmów wzmacniających patriotyzm w młodym pokoleniu. Ale i próbują wpływać na elity innych krajów. Kontrwywiad czeski raz do roku publikuje jawną część swojej analizy dotyczących zagrożenia bezpieczeństwa narodowego. W ostatnim raporcie znalazła się bardzo ciekawa informacja, że rosyjskie agendy kulturalne wzmagają swoją działalność. Budują więzi z ludźmi kultury, werbują agentów, słowem rozwijają ofensywę. Zastanawiałem się, czy coś podobnego dzieje się w Polsce. No i czy ktoś w Polsce zajmuje się kontrolowaniem takich spraw.
Pojawia się często teza, że polityka historyczna to polskie dziwadło. Że za bardzo przejmujemy się historią i należy ją zostawić tylko historykom.
Czy nam się to podoba, czy nie dla Niemców i Rosjan jednym z podstawowych celów politycznych było nawiązywanie do II wojny światowej. Pierwsi chcą być pokazywani także jako ofiary i konsekwentnie do tego dążą, drudzy pragną uznania, że byli po słusznej stronie i robili tylko dobre rzeczy.
To pojawiło się w raporcie Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Teza o rosyjskiej polityce historycznej jako narzędziu realizacji rosyjskich interesów, uzasadnienia dla budowy wpływów.
To teza prawdziwa. Na historii budowane są bieżące interesy. Nie możemy udawać, że tego nie ma. Musimy budować własną opowieść, bo stracimy prawo głosu.
Pojawiła się w ostatnim czasie, trochę jako prowokacja intelektualna, a trochę na serio, teza, iż może nas na niepodległość nie stać. I powinniśmy zdecydować, do którego bloku - wschodniego czy zachodniego, w tym niemieckiego - się zapisujemy. I podporządkowujemy.
To byłby błąd. Po pierwsze, nie o to walczyli nasi przodkowie. A po drugie, jesteśmy na taką decyzję zbyt duzi. Oddanie naszej niepodległości w tego typu zarządzanie obcym potęgą skończyłoby się jakimiś nowymi rozbiorami albo w najlepszym wypadku podziałem w Polsce sfer wpływów przez sąsiednie potęgi. Nie jesteśmy ani potęgą, ani malutkim krajem. Ta pozycja nakazuje szczególną troskę o własną niepodległość. I konsekwentną budowę pozycji w naszym regionie. Minister Sikorski ogłaszający śmierć idei jagiellońskiej nic tym nie zyskuje, ale pozbawia nas tego atutu. Także obecność w Unii Europejskiej nie kończy przecież gry pomiędzy państwami. I wszyscy krytykują na przykład Czechy za postawienie żądań zabezpieczających własne interesy przy ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Ale to może jest właśnie metoda? Skuteczna strategia osiągania narodowych celów? Liczenie, że silniejsi o nas zadbają nie ma racjonalnych podstaw.
Polityka to oczywiście gra, często cyniczna. Ale to nie może być tylko gra. Czy jest wśród polskich elit świadomość, że w tej sztafecie pokoleń to oni teraz odpowiadają za naszą niepodległość? Że historia może ich z tego rozliczyć?
Niestety, z powodu agresywnej wojny medialnej pomiędzy głównymi partiami polityka jest pozbawiana tego elementu koniecznej refleksji. Czy na przykład zastanawialiśmy, czy mamy silną administrację, zdolną do wytrzymania w chwili próby? Potrafiącą wytrzymać w chwili zagrożenia wewnętrznego? Nikt tego nie analizuje, nikt nie bada. Czujemy się bezpiecznie, i dobrze, ale to nie może nas zwalniać z troski o naszą niepodległość. Bo jak popatrzymy na silne i bogate kraje zachodniej Europy, to dostrzeżemy, że one świadomie pracują nad jej umocnieniem. To, że należą do Unii Europejskiej jak my, nie powoduje wyłączenia zmysłu państwowego.
Na szczęście w Polsce też coś się czasem udaje. Gigantyczny sukces Muzeum Powstania Warszawskiego, którego jest Pan dyrektorem i twórcą, pokazał, jak błędne były teorie o końcu patriotyzmu, o wypaleniu się emocji związanych z niepodległością, z walką o nią. Dlaczego aż tak się Wam powiodło?
Nas samych to zaskoczyło. Ale nie sam sukces Muzeum, bo wiedzieliśmy, że nowoczesna placówka zyska popularność. Raczej to, co stało się wokół. Choćby to, że warszawiacy naprawdę zaczęli zatrzymywać samochody i stawać na chwilę, gdy w godzinie "W" w mieście wyją syreny. Powstała wspólnota. I co ciekawe, ten fenomen współtworzą głównie ludzie młodzi, oni przychodzą do Muzeum, zgłaszają pomysły, ich najbardziej przyciąga opowieść o polskim bohaterstwie, walce o wolność i niepodległość. Zbudowanie Muzeum Powstania Warszawskiego i obchody 60. rocznicy wybuchu Powstania unieważniły całą dyskusję o polskim patriotyzmie prowadzoną po 1989 roku. Nieprawdziwe okazały się obie koncepcje - i ta, którą roboczo nazywam "wybierzmy przyszłość", zakładająca, że tradycja patriotyczna i niepodległościowa jest przeszkodą w modernizacji Polski. Ale odrzucono też projekt koturnowego, oficjalnego patriotyzmu.
To co wygrało?
Patriotyzm nowoczesny, który unika wielkich słów, nawet nazywania sam siebie, ale który realnie tworzy wspólnotę, pozwala młodym ludziom znaleźć swoje miejsce we wspólnocie lokalnej i narodowej. A więc nie akademia ku czci, ale koncert. Choć bardzo też żałuję likwidacji parady wojskowej w dniu święta 15 sierpnia. Bo tam przychodzili młodzi ludzie, często z dziećmi, tam zyskiwali poczucie nowoczesnej dumy z naszej niepodległości i mogli to pokazać swoim dzieciom. Trudno nazwać ich anachronicznymi.
A co jeszcze jest dzisiaj nośnikiem patriotyzmu? W przestrzeni publicznej tych treści nie ma za dużo, w szkole są ciągle redukowane. Rodzina?
Rodzinne tradycje na pewno zyskują na znaczeniu. Mamy na przykład badania, że dużo więcej ludzi twierdzi, że miało w rodzinie powstańca warszawskiego, niż to było możliwe w rzeczywistości. Widać w tym silną potrzebę nawiązania do wspólnej tradycji i prawdziwą dumę z przeszłości. Kryzys te tendencje jeszcze wzmacnia, bo okazało się, że państwo narodowe to jedyna wspólnota zdolna do solidarnej walki z kryzysem.
Co dziś może zrobić Pana zdaniem człowiek, który chciałby wzmocnić naszą niepodległość?
To, co robią w Stanach Zjednoczonych. Uczestniczyć aktywnie w życiu swojej społeczności. Tam niemal każdy młody człowiek działa w organizacjach pozarządowych. Zastanowić się, czy nie ma w naszym otoczeniu czegoś, co warto by zrobić, zorganizować. Od rajdu rowerowego po koło gospodyń domowych. Nasze państwo też powinno wspierać takie działania. Przy naszym indywidualizmie musimy iść drogą amerykańską, uczyć się działać razem, uczyć się społecznego współdziałania bez zewnętrznego bodźca. Bo potrafimy się zjednoczyć, gdy zagraża nam powódź albo u sąsiadów wybucha pomarańczowa rewolucja. Jednak na co dzień mamy z tym problem.