Menu Region

Już nie zjem żabich udek

Już nie zjem żabich udek

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Izabela Pałucha

Prześlij Drukuj
Do sklepu aktorka Olga Borys nigdy nie wchodzi o pustym żołądku. Boi się, że kupi za dużo. Przyznaje też, że jej kulinarny gust zależy od nastroju. Ale w każdych okolicznościach poprawia jej humor tajski makaron z krewetkami.
Jest zmienna jak każda kobieta. Co oczywiście nie pozostaje bez wpływu na jej kulinarne upodobania. Dlatego kuchnia w wykonaniu Olgi Borys w zależności od nastroju pani domu bywa łagodna, innym razem słodka, bardzo często pikantna, choć również lekko kwaśna, a nawet z nutą goryczki. Dziś Olga wpada do kafejki radosna, z uśmiechem od ucha do ucha, i pierwsze, co robi, to zamawia coś na ząb.

Co Pani wzięła?

Kanapkę na ciepło z kurczakiem i szklankę świeżo wyciskanego soku z cytrusów.

Drób należy do Pani przysmaków?

Przyznam, że rzeczywiście lubię kurczole (śmiech). Pod każdą postacią. Teraz jestem głodna, więc przemawiają do mnie nawet w kalorycznej kanapce z majonezem. Na szczęście nie mam problemów z wagą i nie przejmuję się kaloriami. Co oznacza, że moje kryterium wyboru czegoś na ząb z reguły dyktuje nachodząca mnie z nagła ochota albo - jak teraz - głód.

I nie odmawia sobie Pani wtedy niczego?

Prawie niczego! Mogłabym nawet rzucać się na słodycze, ale nie robię tego zbyt często, bo za nimi nie przepadam. Sporadycznie sięgnę po kawałek czekolady. Czasem miewam takie kaprysy, na przykład podczas wyprawy do marketu. Choć zwykle uważam, żeby zakupów nie robić o pustym żołądku. Głód jest złym doradcą.

W dzieciństwie łakocie też Pani nie kusiły?

Szczerze mówiąc, nie pamiętam, żebym jako dzieciak łakomie rzucała się na słodycze. Bo i chyba nie było wtedy na co się rzucać. W stanie wojennym na półkach sklepowych stał głównie ocet, a jedynymi słodyczami, jakie pamiętam, były paskudne, farbowane na jaskrawe kolory cukrowe groszki. Co z tego, że przyciągały uwagę i że wtykałam je mojej mamie do koszyka, skoro później walały się bezużytecznie po całym domu!

Pani córeczka też wykazuje takie skłonności i wrzuca rodzicom do sklepowego koszyka wszystko, co ładne i kolorowe?

Mirka jest na to za mała - nie ma jeszcze dwóch lat - i na razie nic w sklepie nie jest w stanie jej skusić. Pewnie do czasu. Ale już teraz dostrzegam, że nie chowam pod skrzydłami Tadka niejadka. Je chętnie, choć nie wszystko z takim samym zapałem. Już widać, że zaczyna kształtować się jej kulinarny gust.

Gotuje Pani codziennie?

Owszem. Ale zwykle nie jest to tradycyjny obiad, składający się z dwóch dań i deseru. Najbardziej lubię gotować niekłopotliwe dania jednogarnkowe. Jednak zdaję sobie sprawę, że wkrótce się to zmieni i do domowych obiadków będę musiała przykładać większą wagę ze względu na dziecko. Córka jeszcze jada swoje niemowlęce zupki, lecz niebawem z nich wyrośnie i jej organizm zacznie domagać się normalnych posiłków. Nie jestem fanką tuczenia dzieci, ale stanę na głowie, aby moje dziecko było zdrowo odżywiane. Na razie jednak, jeśli od wielkiego dzwonu zdarzy mi się ugotować ekstraobiad czy kolację, zapraszam do domu gości na degustację mojego dzieła, bo sama nie mogę uwierzyć, że je stworzyłam (śmiech).

Co ma Pani w swoim kulinarnym repertuarze dla gości?

To zależy. Menu dla znajomych dopasowuję do własnego gustu.

Jaki on jest?

Mój kulinarny gust uzależniam od nastroju, stanu ducha i stopnia ssania w żołądku. Bo chyba najczęściej to właśnie głód pcha mnie do kuchni. I tak naprawdę trudno mi znaleźć precyzyjną odpowiedź, jeśli dotyczy czegoś tak nieprecyzyjnego i chwilowego jak chęć na jedzenie.

A gdyby teraz miała Pani podjąć gości…?

Z pewnością upiekłabym skrzydełka kurczaka na ostro. Na marginesie, całkiem niedawno przyrządziłam właśnie takie skrzydełka, z tym że część z nich zrobiłam na ostro, z chilli i tabasco, a część na słodko, w miodzie. Bo taki właśnie miałam wtedy nastrój - słodko-łagodny, z nutą pikanterii (śmiech). Pochwalę się, że wyszły mi całkiem niezłe.

Stery w kuchni trzyma Pani, a nie mąż?

Rzeczywiście tak jest. Choć muszę przyznać, że mąż też potrafi mnie kulinarnie zaskoczyć. Obecnie szlifuje klejenie sushi, co - jak powszechnie wiadomo - jest nie lada sztuką. On w dodatku podchodzi do tego bardzo ambitnie. Zanim zabrał się do samodzielnego robienia sushi w domu, wcześniej porozmawiał na ten temat z prawdziwymi japońskimi mistrzami kuchni. Następnie kupił książkę o sushi, potem stosowne noże i deski. Na koniec nauczył się wybierać odpowiednie gatunki ryb i wszystkie konieczne do nich dodatki, czyli ryż, wodorosty, specjalny ocet, sos sojowy. Teraz sushi wychodzi mu naprawdę świetnie. A ja widzę, jaką mu to sprawia frajdę. Kiedy Wojciech zabiera się do sushi, to jest istna celebra! Z pietyzmem przygotowuje stanowisko pracy, a potem wszystko kroi, zwija, zlepia… Dlatego ja mu do sushi się nie wtrącam. Zazwyczaj obserwuję, czasem prażę na patelni sezam do ryżu. W każdym razie naszych znajomych zapraszamy teraz także na sushi Wojciecha.

Mają Państwo plan awaryjny na wypadek niezapowiedzianych wizyt?

Mąż dba, żeby zawsze w lodówce było dużo serów. Do tego winogrona, orzechy, bagietka i obowiązkowo czerwone wino. Kiedy znajomi nagle zjawią się w drzwiach, natychmiast otwieramy wino, robimy serową "deskę ratunku" i bawimy się przy tym doskonale. Tak naprawdę uważam, że jedzenie nie musi występować w roli najważniejszego bohatera spotkania. Równie ważny jest kontakt między ludźmi, konwersacja. Owszem, smakowite potrawy plus dobre wino rozwiązują języki, ale w naszym przypadku jedzenie pojawia się raczej mimochodem.

Czy przeżyła Pani ostatnio jakieś kulinarne olśnienia?

Całkiem niedawno odkryłam smak tajskiego makaronu z krewetkami, moje kubki smakowe natychmiast oszalały na jego punkcie. To jest jedna z potraw, za którą dałabym się pokroić (śmiech). W ogóle uwielbiam wszelkie owoce morza.

A Pani ulubione przyprawy?

Czarny pieprz, sól, liść laurowy i ziele angielskie. Ten kwartet stanowi podstawę przypraw w mojej kuchni. Bez nich nie wyobrażam sobie dań kuchni polskiej, którą bardzo cenię. Pomidorówka, bigos, pieczeń wieprzowa, fasolka po bretońsku aż się o te przyprawy proszą. Bardzo też lubię owoce i gałązki jałowca. Poza tym używam dużo bazylii, czosnku, cebuli i tymianku. No i wręcz uwielbiam szczypior. Często robię sobie najprostsze pod słońcem, przepyszne kanapki: chleb z masłem, solą i dużą ilością szczypiorku. Nie przepadam za przyprawami kuchni indyjskiej, czyli za kurkumą czy curry. Ale będąc na wakacjach w Egipcie, przekonałam się do mieszanki przypraw pachnących Orientem. Przywiozłam jej torebkę do Polski i teraz takim arabskim miksem doprawiam po swojemu jagnięcinę, z której przyrządzam w domu kotleciki.

Z podróży pewnie Pani przywozi nowe pomysły, nowe smaki?

Jak najbardziej. Zwiedzanie nieznanych mi miejsc zwykle zaczynam właśnie od knajp i restauracji. Na przykład Lwów smakuje fantastycznymi pielmieniami i zielonym barszczem. W Egipcie polubiłam tamtejsze pieczywo i jagnięce kebaby. Ale smak tajskiego makaronu z krewetkami poznałam w Polsce!

Czy jest coś, czego Pani za nic nie skosztuje?

Nie zjem żaby - próbowałam kiedyś i źle to wspominam. Nie wezmę do ust żadnych pełzających stworzeń, takich jak ślimaki. I choć od dzieciństwa lubię drób i dzikie ptactwo - nie bez powodu, mój tata jest myśliwym - na pewno nie zjem gołębia.

A móżdżek, dla wielu rzecz nie do przełknięcia?

Kiedy byłam dzieckiem, u dziadków na wsi pochłaniałam móżdżek, aż mi się uszy trzęsły. Teraz mogłabym mieć z tym problem. Nawet jestem ciekawa, jak dziś zareagowałabym na ten smak. Muszę się przekonać.


Olga Borys - aktorka serialowa (najbardziej znana z "Lokatorów"), zwyciężczyni pierwszej edycji telewizyjnego show "Gwiazdy tańczą na lodzie". Prywatnie żona aktora Wojciecha Majchrzaka i mama 2-letniej Mirki

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się