Menu Region

Fuksiarz Obama

Fuksiarz Obama

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Liza Mundy

Prześlij Drukuj
Pracownik socjalny, adwokat, senator i pewnie prezydent USA - zawsze dopisywało mu szczęście - pisze Liza Mundy z "Washington Post"
W lecie 2002 r. Barack Obama, mało znany legislator stanowy z Illinois, dostrzegł polityczną szansę, na którą od dawna czekał. Zadanie nie było łatwe - wygrać wyścig do wyższej izby Kongresu z dotychczasowym republikańskim senatorem.

Obama wierzył, że tego dokona. Jeszcze trudniejszym wyzwaniem mogło się jednak okazać uzyskanie nominacji Partii Demokratycznej. Zbliżały się 41. urodziny Obamy. Ten adwokat i wykładowca prawa na Uniwersytecie Chicagowskim w 1996 r. został wybrany do senatu stanowego, ale zaczynał się tam trochę dusić.

W 2000 r. przecenił swoje możliwości i przegrał rywalizację o fotel w Izbie Reprezentantów z Bobbym Rushem, byłym członkiem radykalnej organizacji Czarne Pantery.
Nietrudno jednak zrozumieć, dlaczego się na to porwał: w Illinois, podobnie jak w całym kraju, murzyńscy politycy dysponowali niewieloma drogami do kariery na szczeblu krajowym. Teraz jednak Obama znowu ocenił, że może mu się udać.

W 1992 r. inny chicagowski polityk Carol Moseley Braun pokazała, że czarnoskóry kandydat może wygrać prawybory stanowe, pod warunkiem że białe głosy rozłożą się między co najmniej dwóch białych rywali.

A tutaj do walki szykowało się ich już kilku. Był tylko jeden problem: rzeczona Moseley Braun, która jako druga czarnoskóra osoba od czasów wojny secesyjnej została amerykańskim senatorem, zastanawiała się nad udziałem w wyścigu. Gdyby wystartowała, szanse Obamy spadłyby niemal do zera.

- Nasze elektoraty w ogromnym stopniu się pokrywały. Oprócz tego, że była Afroamerykan-ką, to jeszcze należała do postępowego skrzydła partii - mówi Obama, który potrzebował również poparcia liberalnych białych. - Myślę, że zmobilizowanie koalicji popierającej moją kandydaturę byłoby bardzo trudne - dodaje.

W drugiej połowie 2002 r. Obama zaczął po cichu zatrudniać sztabowców, budować zespół i planować kampanię, ale wstrzymywał się z ogłoszeniem tego do czasu, gdy Moseley Braun podejmie decyzję. I tuż po nowym roku podjęła: wystartuje.

Na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Po tym pierwszym szczęśliwym rozstrzygnięciu przyszła seria następnych pomyślnych zdarzeń, charakterystycznych dla kariery Obamy w okresie ostatnich pięciu lat. Gdyby Moseley Braun ponownie ubiegała się o fotel senatorski, Oba-ma nie siedziałby w swoim senackim biurze jako jedyny murzyński senator i lider demokratycznego wyścigu o nominację prezydencką.

Obama, który siedzi na sofie bez marynarki i zakłada nogę na nogę, przyznaje, że decyzja Moseley Braun była "kolejnym przykładem na to, że gwiazdy mi sprzyjają". Inny ważny czynnik to ambicja - niezbędna cecha każdego kandydata, ale warto zwrócić uwagę na tę kwestię, ponieważ Obama na każdym kroku podkreśla, że nie dążył do zdobycia statusu supergwiazdora.

- Tu nie chodzi o mnie, tylko o was - mówi ludziom przybyłym na wiece wyborcze. Ale według tych, którzy go znają, o prezydenturze mówił już od ponad dekady.

- Jest to dla mnie pewna zagadka, jak w jednym człowieku może siedzieć cichy chłopak z Hawajów i kandydat na prezydenta Stanów Zjednoczonych - mówi Brad Berenson, kolega Obamy z Harvardu.
Zupełnie nieprawdopodobna jest już historia tego, w jaki sposób poznali się rodzice Obamy.

Jego matka, Stanley Ann Dunham, biała kobieta z Teksasu (jej ojciec chciał mieć syna), poznała jego kenijskiego ojca, Bara-cka Husseina Obamę, pod koniec lat pięćdziesiątych na Hawajach. Jej ro-dzina przeprowadziła się na wyspy, a on przyjechał tam na studia.

Drugi Barack Hussein Obama urodził się w 1961 r. Dwa lata później jego ojciec pojechał robić doktorat na Harvardzie (stypendium nie obejmowało wydatków na utrzymanie rodziny), a potem wrócił do Kenii (i do pierwszej żony, z którą podobno się nie rozwiódł).

Obama dorastał jako kolorowe dziecko w białej rodzinie, wychowywany przez matkę i kochających dziadków. (Z ojcem widział się już tylko raz, kiedy miał 10 lat). Kilka lat spędził w Indonezji, kiedy jego matka wyszła za studenta z tego kraju. Potem wrócił na Hawaje i chodził do prywatnej szkoły w Honolulu, będąc pod opieką dziadków.

Rozpowszechniony w latach siedemdziesiątych rasizm w tym środowisku był raczej nieobecny, ale Obama widział wokół siebie bardzo niewielu Afroamerykanów. W swoich wspomnieniach Obama pisze, że w szkole średniej był trochę zbuntowanym chłopakiem, który nie bardzo wiedział, czego chce od życia. Zrozumiał, że jego biała rodzina nie pomoże mu w rozwiązaniu pewnych problemów tożsamościowych. "Chciałem wyrosnąć na czarnego człowieka w Ameryce"- pisze.

Poszukiwania te zaprowadziły go do Nowego Jorku. W 1983 r. ukończył Uniwersytet Columbia. W idealistycznej atmosferze walki o prawa obywatelskie postanowił zostać pracownikiem socjalnym. W tym okresie zamykano huty stali w Illinois i Indianie. Pracownik socjalny Gerald Kellman zos-tał wysłany do pomocy zrozpaczonym robotnikom w South Side, murzyńskiej dzielnicy Chicago.

Aby po-zyskać do współpracy lokalnych przywódców, Kellman obiecał, że weźmie sobie do pomocy co najmniej jednego czarnego. Zarekomendowano mu Obamę. Kellman spotkał się z nim na Manhattanie i młody absolwent uniwersytetu zrobił na nim dobre wrażenie.

Postanowił dać mu tę pracę i wręczył mu zaliczkę, żeby kupił sobie samochód "albo coś zbliżonego do samochodu". Barack Obama spakował bagaże do starej hondy i pojechał do Chicago. Nie miał żadnych związków z tym miastem i nie mógł liczyć na to, że zrobi tam łatwą karierę.

Istniała tam głęboko zakorzeniona społeczność murzyńska, ale większość czarnych polityków - zresztą podobnie jak białych - wywodziła się z politycznych dynastii, partyjnego aparatu i tak dalej. A stosunki rasowe były niezwykle napięte.

- Czarnych i białych w Chicago oddzielała bariera wrogości - mówi Judson Miner, biały adwokat walczący o prawa obywatelskie Murzynów, który później zatrudnił Obamę w swojej kancelarii. Jednak niewiele wcześniej Harold Washington wyrwał władzę z rąk osławionej machiny politycznej Daleya i został pierwszym w dziejach miasta czarnym burmistrzem. Był to przełomowy moment.

Charyzmatyczny Washington za pierwszym razem nie zdobył zbyt wielu białych głosów, ale przekonał wyborców, że "Afroamerykanin może rządzić Chicago i że miasto się nie zawali"- mówi Miner. Obama, który nie należał do żadnego Kościoła, musiał zdobyć zaufanie przywódców społeczności South Side, z których wielu było pastorami Kościoła baptystów lub zielonoświątkowców.

Jego atutami były natomiast uprzejmość, urok osobisty, gotowość do rozmawiania ze wszystkimi - pastorami, buntownikami i babciami - i umiejętność słuchania. Kellman postanowił jednak dodatkowo go doszkolić w tej ostatniej dziedzinie.

- Pracownik socjalny przede wszystkim chodzi od domu do domu i słucha ludzkich opowieści. Dzięki temu może dobrze poznać ludzi. Obama był w tym świetny. Umie słuchać także swoich przeciwników. Ale trzy lata słuchania wystarczyły Obamie, który zaczął składać podania na studia prawnicze.

Według Kellmana odezwały się w nim geny ojca. Obama poznał wcześniej część swego przyrodniego rodzeństwa z Kenii. Opowiedzieli mu o jego ojcu, ministrze finansów, którego kariera różnie się układała, który miał kilka żon i który zginął w wypadku samochodowym w 1982 r., kiedy Obama miał 21 lat. Kandydat na studia prawnicze dużo rozmyślał o swoim ojcu.

- Jego ojciec miał nieudane życie, zarówno osobiste, jak i zawodowe - mówi Kellman. _- Barack nie chciał podzielić jego losu.

W 1998 r. na Harvardzie, podobnie jak w Chicago, dostrzegało się ostre podziały polityczne. Campus był zasadniczo liberalny, ale dawała też o sobie znać również grupa zatwardziałych konserwatystów. - My, konserwatyści, stanowiliśmy niewielką, osaczoną mniejszość, przez co zachowywaliśmy się jeszcze hałaśliwiej- mówi Brad Berenson, były doradca prawny prezydenta George’a W. Busha.

Spory dotyczyły kwestii ustrojowych, ale przede wszystkim "pot-wornie się kłóciliśmy o nominacje profesorskie dla kobiet i przedstawicieli mniejszości"- dodaje Berenson. Studenci prawa na Harvardzie to profesjonalni polemiści i niezwykle ambitni ludzie, którzy, jak mówi profesor Martha Minow, "mają o sobie bardzo dobre zdanie i na każdym szczeblu swego życia walczą o władzę w każdej możliwej instytucji".

W tym gnieździe karierowiczostwa Obama odstawał od reszty, ponieważ nie przejawiał takich wściekłych ambicji i "już wtedy wyznawał pogląd, że jednostka ma zobowiązania wobec wspólnoty, a studenci prawa na Harvardzie raczej o tym nie rozmawiają"- twierdzi Minow. Ona również zauważyła jego umiejętność wysłuchiwania poglądów swoich oponentów.

- Potrafił doskonale ustawić i podsumować dyskusję, wnosząc do rozmowy pewną dojrzałość. W połowie drugiego roku studiów Obama zaskoczył swoich kolegów, przystępując do wyborów na stanowisko redaktora naczelnego gazetki studenckiej "Law Review". Lato spędził w Chicago, gdzie pracował w kancelarii adwokackiej Sidley Austin. Poznał tam Michelle Robinson, absolwentkę Wydziału Prawa w Princeton, z którą się później ożenił. Wcześniej sygnalizował kolegom, że chciałby wrócić do Chicago, bo znalazł tam wspólnotę, której brakowało mu w dzieciństwie.

We wczesnej fazie znajomości Michelle poprosiła swojego brata, trenera koszykówki, żeby wziął Baracka na boisko i sprawdził jego charakter. Obama zdał egzamin i został zaproszony na rodzinną imprezę. Craig wziął go na stronę i zapytał go, jakie ma plany. - Powiedział, że chciałby wykładać na uczelni, a kiedyś może startować do Senatu - wspomina Craig.

- "A później może nawet na prezydenta"- dodał. Poradziłem mu, żeby tego nie powtarzał naszym ciotkom i wujkom, bo nie chciałem, żeby się ośmieszył. Obama śmieje się, kiedy słyszy tę anegdotę, ale nie przypomina sobie tej rozmowy.

- Craig powinien był mu poradzić, żeby nie mówił mnie! - komentuje Michelle, która początkowo próbowała wybić mężowi z głowy polityczne ambicje. Przekonał ją za pomocą argumentu, że mają obowiązek działać na rzecz ludzi znajdujących się w gorszej sytuacji niż oni. W lecie 2007 r. Obama brał udział w senackich głosowaniach nad utrąconą ostatecznie ustawą imigracyjną prezydenta Busha.

W przerwach rozmawiał z kolegami, zawsze serdeczny i życzliwy. Od razu rzucało się w oczy, że osoby o innym kolorze skóry niż biały są w Senacie rzadkim zjawiskiem. Oprócz Obamy widziało się tylko kilku czarnych pracowników biur senatorskich. Obama stanowi żywy dowód na to, jak trudno jest murzyńskiemu politykowi wygrać wybory na poziomie stanowym, a co dopiero ogólnokrajowym. Po konwencji wszyscy go pytali, czy wystartuje w wyborach prezydenckich w 2008 r. Odpowiedź: odsłuży sześcioletnią kadencję w Senacie.

- Celowo staraliśmy się tonować oczekiwania - mówi Obama. - Aż do huraganu "Katrina" nie udzielałem wywiadów mediom. W Senacie nie próbowałem wykonywać żadnych gestów propagandowych, takich jak złożenie projektu ustawy o powszechnej opiece zdrowotnej czy innych projektów, których i tak bym nie przeforsował, bo moja partia nie miała większości.

W październiku 2006 r., kiedy dziennikarz Tim Russert ponowił pytanie, Obama tym razem powiedział: - Zastanawiam się nad tym. - W lutym 2007 r. ogłosił, że wystartuje. Co się zmieniło? Po pierwsze, w 2006 r. ukazały się wspomnienia i wtedy Obama agitował, pomagając swojej partii zdobyć większość w Kongresie. W tym czasie głównym czynnikiem, który działał na rzecz Obamy, była wojna iracka.

W 2002 r. nazwał ją "pochopną" i "głupią" - i chyba dobrze dla niego, że niewiele osób wtedy o nim słyszało. Ale w ciągu tych kilku lat Amerykanie zmienili pogląd na tę sprawę.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się