Menu Region

Seans muzycznej hipnozy

Seans muzycznej hipnozy

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Marek Świrkowicz

Prześlij Drukuj
To musiało się zdarzyć! - zakrzyknęli fani i krytycy na wieść o wspólnym projekcie jednej z najniezwyklejszych wokalistek naszych czasów i legendarnego niemieckiego czarodzieja syntezatorów.
Bo chociaż oboje wywodzą się z odmiennych muzycznych galaktyk - Lisa poszerzała granice rocka, śpiewając w grupie Dead Can Dance, zaś Klaus to zapatrzony w Ryszarda Wagnera guru sceny elektronicznej - to ich myśli na temat materii dźwięku od lat krążą po tej samej orbicie.

Dla obojga muzyka jest sztuką intuicyjnego wyrażania emocji i tworzenia nastrojów. Tu nie chodzi o pisanie trzyipółminutowych radiowych hitów czy zaangażowanych piosenek z rewolucyjnymi tekstami.
Zarówno Lisa, jak i Klaus to muzyczni abstrakcjoniści, którzy za pomocą zjawiskowego głosu z jednej strony i transowych, syntetycznych sekwencji z drugiej malują swoje rozmyte dźwiękowe pejzaże. - Nasza muzyka jest tylko w połowie skomponowana.

Druga połowa to pole do popisu dla słuchacza. To od niego zależy, co sobie tam dopowie - tłumaczył po zakończeniu nagrań Schulze.

Dlatego jeśli wolisz życie na wysokich obrotach, co dwie minuty szukasz nowych wrażeń, trzymaj się z daleka od "Farscape". Gwarantujemy, że znudzi cię śmiertelnie już w połowie pierwszego utworu. Monumentalne, dwupłytowe dzieło, które dziś trafia do sklepów, to propozycja dla tych, którzy nie boją się poświęcić blisko trzech godzin swojego życia (całość trwa aż 153 min) na bezinteresowny seans muzycznej hipnozy.

Bez żadnej taryfy ulgowej. Zebrany na dwóch krążkach materiał został podzielony na siedem części, z których najkrótsza trwa 13 min, a najdłuższa grubo ponad pół godziny. Wszystkie noszą ten sam abstrakcyjny tytuł "Liquid Coincidence" (czyli "Płynny zbieg okoliczności") i wszystkie są zbudowane na tym samym schemacie.

Kosmiczne syntezatorowe pasaże Klausa toczą się leniwie w tle, a na pierwszym planie Lisa swoim niepowtarzalnym świdrującym głosem wyśpiewuje tajemnicze, improwizowane wokalizy, prawie zupełnie pozbawione słów. Dopiero na sam koniec tego muzycznego misterium pojawia się kilka przejmujących wersów zaśpiewanych po angielsku.

- Nie mam ochoty śpiewać o moich miłosnych przygodach czy problemach życiowych. Nie o to chodzi w tej muzyce - tłumaczy takie podejście artystka, której głos doskonale znają fani zarówno ambitnego rocka, jak i muzyki filmowej. I choć trudno w odniesieniu do 47-letniej Australijki o bardziej niestosowne określenie niż "gwiazda pop", popularności mogłaby jej dziś pozazdrościć niejedna kręcąca pupą lolitka. Wiedzą o tym doskonale wszyscy, którzy postanowili wybrać się na jej ubiegłoroczny warszawski koncert - zdobycie wejściówek graniczyło wówczas z cudem.

Po raz pierwszy świat usłyszał o niej w 1984 r., kiedy światło dzienne ujrzał pierwszy album powołanego do życia trzy lata wcześniej duetu Dead Can Dance. Choć twórczość grupy wyrastała z korzeni nowofalowych i postpunkowych, z każdą kolejną płytą Lisa i partnerujący jej (również w życiu prywatnym) Brendan Perry coraz bardziej zapuszczali się na tereny nieznane rockmanom, czerpiąc pełnymi garściami m.in. z muzyki dawnej i etnicznej.

Artystyczne i uczuciowe drogi eksperymentatorskiej pary rozeszły się jednak definitywnie w 1998 r. (nie licząc krótkiej wymuszonej reaktywacji przed trzema laty) i Lisa z powodzeniem rozpoczęła działalność na własny rachunek. Z kolejnymi nieprzeciętnymi facetami u boku, którzy nie mogli się uwolnić od magicznej siły jej głosu.

Znalazł się wśród nich m.in. australijski kompozytor Pieter Bourke, który nie tylko wsparł swoją rodaczkę w nagraniu albumu "Duality" z 1998 r., ale też na dobre wciągnął ją w świat muzyki filmowej. W 1999 r. wspólnie zorkiestrowali "Informatora" Michaela Manna, za co z miejsca zgarnęli nominację do Złotego Globu.

To wystarczyło, żeby połknąć bakcyla. Oczarowana kinem artystka szybko połączyła siły z kolejnym zdolnym mężczyzną Hansem Zimmerem i razem popełnili soundtrack do "Gladiatora" Ridleya Scotta. Efekt: Złoty Glob i nominacja do Oscara.

Później u boku Lisy pojawiali się jeszcze m.in. irlandzki kompozytor muzyki współczesnej Patrick Cassidy oraz sam maestro Ennio Morricone. Teraz przyszła pora na Klausa Schulze, a to z pewnością nie koniec artystycznych podbojów eterycznej Australijki.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się