Z Danielem Kubasem, prezesem Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach poza Granicami Kraju, rozmawia Anita Czupryn
Jak wygląda pomoc żołnierzom chorym i rannym na misjach, którzy wracają do kraju? Mają dostęp do najlepszych szpitali, najnowocześniejszych leków?
Nic z tych rzeczy. Nie są mile widziani, traktuje się ich jak intruzów. Pomoc otrzymują ci, o których robi się głośno w mediach. Nie ma co ukrywać, że problemy mają żołnierze, których koszty leczenia i rehabilitacji wynikające z urazów, jakich doznali na misjach, wykraczają poza możliwości NFZ.
I wtedy sami płacą za swoje leczenie?
Przeważnie. Na szczęście, i to dzięki gen. Skrzypczakowi, niektóre firmy finansują zabiegi i operacje żołnierzy poza budżetem NFZ. Ale wciąż zdarzają się przypadki, kiedy żołnierze dostają ze szpitala faktury za leczenie - ostatnio usłyszałem o przypadku żołnierza mającego zapłacić za amputację oka, które uszkodził na misjach. To jest chore. Wciąż nie ma przepisów, które by zwiększały świadczenia zdrowotne dla powracających z misji. Projekt ustawy regulującej te sprawy miał wejść w życie w styczniu 2010 r. Drastyczne cięcia budżetu spowodowały, że sprawa się przeciągnęła. Teraz mówi się o 2011 r.
Żołnierze powracający z misji dostają z MON legitymacje poszkodowanych, dzięki którym są przyjmowani do lekarzy bez kolejek i nie mają problemów z dostaniem się do specjalistów. Rozumiem, że to teoria?
Te legitymacje to mit i w służbie zdrowia się nie liczą. Wielu żołnierzy nawet ich nie wyrabia, bo mają krótki termin ważności, trzeba by je za każdym razem przedłużać, a i tak żołnierze nawet z legitymacjami są odsyłani przez lekarzy, stoją w kolejkach, czekają na terminy albo - płacą...
Ewa B., 41-letnia funkcjonariuszka GROM-u, która w marcu wróciła z Afganistanu, a 21 września zmarła, prywatnie musiała robić badania krwi. Leki załatwiał jej brat, pracownik firmy farmaceutycznej, krew oddawali przyjaciele. Wojsko o jej śmierci rozmawiać nie chce. Czy dużo żołnierzy wraca zarażonych wirusami bądź bakteriami?
Takich przypadków jest sporo. Znam żołnierza, który zaraził się na misji w Libanie. Gdy wylądował w szpitalu, zwolniono go ze służby i do cywila odszedł bez komisji lekarskiej. Inny po powrocie z Iraku zaraził bakterią swoją rodzinę. Tydzień po powrocie z misji każdy musi przejść obowiązkowe badania, ale te pierwsze badania tego nie wykrywają. Ja sam, choć wróciłem z Iraku w 2004 r., takich badań nie miałem.
Choroba spowodowana niektórymi bakteriami rozwija się dopiero po kilku miesiącach. A wtedy komisji lekarskiej to już nie interesuje. To sensowne?
Żołnierze powinni być badani regularnie co kilka miesięcy, jednak dziś wszystkie działania związane z opieką żołnierzy poszkodowanych w misjach są wciąż doraźne i przypadkowe.