To właśnie galerianki, uczennice podstawówek, gimnazjów i liceów poszukujące sponsorów. Nie żądają wiele. Czasem wystarczy kupić im opaskę na włosy albo maskotkę, by dostać to, za co w burdelu trzeba zapłacić kilkaset złotych. Nie ma się więc co dziwić, że chętnych na usługi lolitek nie brakuje.
"Jak kupisz mi dżinsy, to zrobię ci loda" - to słowa 14-letniej dziewczyny skierowane do co najmniej dwa razy starszego od niej mężczyzny.
Akcja rozgrywa się w jednej z naszych rodzimych galerii handlowych. Facet, na początku lekko zdezorientowany, szybko przystaje na niecodzien_ną propozycję kuso przystrojonej lolitki i ochoczo zmierza wraz z nią w ustronne miejsce, by dobić interesu. Panienka ma na imię Milena, uczy się w gimnazjum, a wolny czas spędza w galeriach handlowych.
I jest jedną z tysięcy polskich dziewczynek, które w zamian za ubrania, kosmetyki i telefony komórkowe prostytuują się we współczesnych świątyniach handlu. I o takich właśnie dorastających bywalczyniach drogich sklepów powstał fabularny film zatytułowany "Galerianki". Już w najbliższy piątek obraz wyreżyserowany przez debiutantkę Katarzynę Rosłaniec wchodzi na ekrany polskich kin. Wchodzi z hukiem, bo po pierwsze, niedawno został uznany za najlepszy debiut na festiwalu filmowym w Gdyni, a po drugie, przez media właśnie przetacza się dyskusja dotycząca dziecięcej prostytucji.
Problem musi być palący, bo Rosłaniec nie jest jedynym reżyserem, który wziął na warsztat ten temat. Robert Gliński, znany z takich filmów jak choćby pamiętny "Cześć, Tereska", w tym roku przygotował fabułę "Świnki", opowiadającą o młodocianych prostytutkach obydwu płci "pracujących" na zachodniej granicy Polski. Gliński udowadnia, że w dobie kapitalizmu to dzieci są najbardziej poszkodowane. Z kolei Rosłaniec w swoim filmie stawia tezę, że choć czasy, w jakich żyjemy, sprzyjają patologicznym zachowaniom, to i tak większość winy ponoszą rodzice i nauczyciele. Jej zdaniem i jedni, i drudzy nie potrafią z dziećmi rozmawiać, mówić o tym, co jest naprawdę ważne i sprawiać, by czuły się bezpieczne.
A jak uczy armia socjologów i psychologów społecznych, potomstwo puszczone samopas nie wie, co jest dobre, a co złe, więc kiedy ma okazję zasmakować wielkiego świata, wyrusza do galerii handlowych i się zwyczajnie puszcza. Rosłaniec w swoim filmie pokazała więc, jak łatwo stać się galerianką. Poznajemy Alicję, klasową szarą myszkę. Dobrze się uczy, ale nie ma koleżanek. Zazdrośnie spoziera na wyzwoloną, palącą fajki i wyrażającą głośno poglądy Milenę ("Miłości w naszych czasach nie ma. Trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać"). Równolatka zabiera ją do sklepu i pokazuje, co robić, żeby żyć na wysokim poziomie. I Alicja dostępuje życiowego wtajemniczenia w melanżowaniu.
Dotychczasowe jej życie to bezrobotna matka z pretensjami i harujący za psie pieniądze ojciec. Rodzice od lat nie rozmawiają ze sobą. Ala ma stary telefon komórkowy, a chciałaby mieć nowy. Dopiero doświadczona Milena instruuję ją, co robić, żeby zarobić. Problem w tym, że Ala seks zna tylko w teorii, ale zrobi wszystko, by zdobyć doświadczenie. I robi, a my widzowie coraz głębiej wbijamy się w fotel i ze zdumieniem nabieramy przekonania, że oto coś bardzo złego stało się z nadwiślańską młodzieżą.
Razem z Alą wędrujemy po galerii handlowej, idziemy do klubu, w którym dziewczyna podchodzi do faceta stojącego przy barze i proponuje mu swoje usługi i przeżywamy rozterki miłosne. Bo Rosłaniec w "Galeriankach" znalazła też miejsce na love story. W Ali kocha się kolega z klasy. Michał jest mądry, inteligentny i przystojny. Jego wybranka na początku odrzuca zaloty, następnie próbuje się z nim związać, po czym manipulowana przez doświadczoną Milenę rezygnuje z nierokującego finansowo absztyfikanta. Mimo że film trwa niewiele ponad godzinę, wszystko tu dzieje się jak w kalejdoskopie.
Kadry z ociekających bogactwem centrów handlowych i dyskotek mieszają się z brutalnymi scenami erotycznymi, mrożącymi krew w żyłach ujęciami z domu głównej bohaterki i zdjęciami zrealizowanymi w odrapanym gimnazjum. Powstał film porażający, dający do myślenia i z zaskakująco dobrym aktorstwem. Z pewnością to z tego powodu, że w tytułowe galerianki wcieliły się dziewczyny, które Rosłaniec zrekrutowała w prawdziwym gimnazjum.