Przemoc jest obrazą dla demokracji, podobnie jak korupcja i naruszanie podstawowych praw człowieka. Demokracja jest żywym procesem, ocenianym pod kątem kultury dnia codziennego, a nie organizowanych co jakiś czas wyborów.
Po objęciu urzędu prezydenta Afganistanu w 2004 r. Hamid Karzaj obiecał wykorzenienie terroryzmu, biedy, korupcji i handlu opium. W świetle tych obietnic przed zbliżającymi się wyborami demokracja afgańska wciąż pozostawia wiele do życzenia.
Uczciwość afgańskich procedur demokratycznych wciąż budzi poważne wątpliwości. Wszystko wskazuje na to, że wielu wyborców jest rejestrowanych więcej niż raz, zwłaszcza kobiety przez swoich krewnych płci męskiej.
Według niektórych szacunków, aż 3 mln spośród 17,5 mln wyborców zostały zarejestrowane z naruszeniem prawa. Główny rywal Karzaja Abdullah Abdullah, który w 2006 r. został niespodziewanie zwolniony ze stanowiska ministra spraw zagranicznych, twierdzi, że urzędujący prezydent nie ma szans na reelekcję bez sfałszowania wyborów.
Funkcjonowanie demokracji wymaga przekonania, że umowy będą honorowane i że w codziennych sprawach można się oprzeć na bezstronnych procedurach i zaufaniu. Tymczasem jedynym stałym elementem afgańskiego życia jest korupcja pleniąca się w wojsku i strukturach państwowych.
Na miano demokratycznego nie zasługuje też państwo zdolne ustawowo odebrać podstawowe prawa pewnej kategorii swoich obywateli, a mianowicie kobietom. W ubiegły piątek Karzaj podpisał ustawę, która pozwala mężom karać żony - na przykład je głodzić - za odmowę pożycia małżeńskiego.
To haniebne prawo zostało uchwalone po to, aby przeciągnąć na stronę prezydenta szyitów, czyli największą grupę niezdecydowanych wyborców. A przecież talibowie zostali odsunięci od władzy, między innymi po to, żeby kobiety nie musiały żyć w narzuconej przez nich tyranii. Ustawa sprezentowana przez Karzaja części obywateli tuż przed wyborami jest policzkiem dla kultury demokratycznej.
Pogarszająca się sytuacja na froncie bezpieczeństwa pokazuje, że rząd afgański musi znacznie energiczniej walczyć z powstaniem talibów. Raczej nie ulega wątpliwości, że jeśli ta misja zakończy się niepowodzeniem, Afganistan na powrót stanie się tym, czym był jeszcze niedawno: azylem dla Al-Kaidy.
Oczywiście lepiej, żeby były wybory, niż żeby ich nie było.
Miejmy nadzieję, że nie zostaną sfałszowane i że nie potwierdzą się prognozy wyborczej apatii, zwłaszcza na obszarach zamieszkanych przez Pasztunów. Ale demokracja wymaga praworządności i sprawnego administrowania na co dzień. Afganistan nie jest ani praworządny, ani sprawnie administrowany, a stojący na jego czele człowiek, jako zakładnik różnych grup interesów, jest przeszkodą na drodze do jednego i drugiego.