Wstrząsnąć polityką światową, poprzestawiać figury na największej szachownicy - większość państw może o tym zaledwie pomarzyć. Polska od początku swojego istnienia zmieniła bieg prawdziwie globalnych wydarzeń dwa razy.
Nie w zamierzchłych stuleciach, lecz na początku i na końcu XX wieku, gdy najpierw wygraliśmy wojnę, a potem zimną wojnę - obie nie tylko o Polskę, bo także o kształt świata. Młoda II Rzeczpospolita zwyciężyła w wojnie w 1920 roku, zatrzymując światowy marsz rewolucji komunistycznej. Trzy pokolenia później zwyciężyliśmy w zimnej wojnie w 1989 roku, odwracając tę samą rewolucję i burząc globalny system dwubiegunowy razem z murem berlińskim.
Zwycięstwa w wojnie gorącej i w wojnie zimnej miały więcej podobieństw niż różnic. W 1989 roku wygraliśmy nie przy pomocy własnego państwa, a wbrew państwu, jednak dzięki podobnej powszechnej mobilizacji społecznej jak ta w 1920 roku.
Solidarność toczyła walkę bez przemocy, ale zimna wojna nie oznaczała walki wolnej od ofiar.
Wojna była zimna - zamrożona nuklearnym strachem - dla supermocarstw, lecz często gorąca i zabójcza dla Polaków. Kto ceni przełomowy rok 1989, ma powody, aby tak samo cenić przełomowy rok 1920. Cenić najwyżej. Wyżej niż rok 1944, bo mimo heroizmu Powstanie Warszawskie przełomowe w polityce globalnej nie było.
Polski rok 1920 ujawnia w pełni swoją wartość nie w świetle wspomnień i badań historycznych, które skupiają się na unikalnych szczegółach i losach indywidualnych, lecz w świetle wiedzy o polityce i stosunkach międzynarodowych - o trwałych mechanizmach ogólnych. Politologia stawia każdej epoce i wydarzeniu takie same fundamentalne pytania. Czy zmienił się globalny ład i układ sił?
W 1920 roku tak, w 1944 roku nie, w 1989 roku znów tak. Historycy patrzący z dystansu na dzieje powszechne jako na całość dochodzą do podobnych wniosków. Bitwę Warszawską 1920 zaliczają do około dwudziestu (ułożono wiele autorskich list trochę różniących się liczbą) najważniejszych bitew, które rozstrzygnęły losy świata od początku cywilizacji. To idealna podstawa do nowoczesnego mitu narodowego. Mit na niej zbudowany ma jasną logikę zdolną trafić do każdego obywatela Rzeczypospolitej: jedność, mobilizacja i strategia nagrodzone tryumfem.
Tymczasem Powstanie Warszawskie 1944 przechodzi do narodowej legendy i kultu jako zryw emocjonalny, zemsta na wrogu, zaspokojenie potrzeby godności i wolności na chwilę - ale nic więcej. Bez strategii i bez tryumfu. Nie mają szansy zmieścić się w legendzie zawiłe rachuby polityczne towarzyszące decyzji o rozpoczęciu powstania.
Nie przebiją się spekulacje, "co by było gdyby" Stalin nie zatrzymał Armii Czerwonej na Wiśle i nie wciągnął polskiego państwa podziemnego w pułapkę walki osamotnionej w murach stolicy, beznadziejnej i samobójczej. W pułapce można znaleźć się nie z własnej winy, ale nie powinno być to źródłem dumy i wzoru. Na przyszłe dramatyczne wyzwania - a zawsze przychodzi czas wyzwań po okresie stabilności i nadziei, że to już "koniec historii" - lepiej inspirację czerpać nie z kultu 1944, lecz kultu 1920.
Tragiczne klęski bywają przedmiotem legend także w innych państwach. Stany Zjednoczone, mimo pragmatyzmu i optymizmu, żywią kult obrony Alamo, gdzie wszyscy amerykańscy żołnierze zginęli, zamiast poddać się wrogowi (wówczas Meksykanom).
Powstanie w getcie warszawskim należy do legend założycielskich nowoczesnego państwa Izrael, bo po długiej przerwie przywróciło Żydom etos samodzielnej walki zbrojnej. Ale jeszcze wyżej w narodowych rankingach stoją zwycięstwa. Tylko zwycięstwa - wojenne lub inne - dają narodom wiarę w siebie i mocną pozycję w nigdy niekończącej się międzynarodowej grze. Zwycięstwem w 1920 roku zdobyliśmy na pokolenie reputację silnego gracza europejskiego.
Mity, legendy i kulty są zawsze obecne, nieodłączne od kultury i polityki. Mit Powstania Warszawskiego wybija się teraz na miejsce centralne w narodowej mitologii Polaków. Rok 1989 jest zbyt przytłumiony bieżącymi sporami politycznymi z udziałem jego weteranów. Rok 1920 - zbyt zapomniany, a to właśnie jego legenda i kult mogą wnieść największy wkład w przyszłość Polski.
Wojna 1920 jest dziś mniej znana Polakom niż powstanie 1944, nie tylko dlatego, że rozegrała się dawniej. Także dlatego, że za czasów PRL i bloku wschodniego była jeszcze bardziej spychana w niepamięć. Propaganda komunistyczna mogła próbować przerobić Powstanie Warszawskie na spontaniczną walkę ludu przeciw hitlerowcom, uznać dzielność powstańców bez przyznania, że należeli do Armii Krajowej pod władzą rządu na uchodźstwie.
Cenzura dopuszczała także wybitne, zdolne kształtować wyobraźnię społeczną książki czy filmy, które przedstawiały powstanie jako tragedię warszawiaków, a walkę o niepodległość jako błąd, przestrzegając przed jego powtarzaniem. Zwycięstwo niepodległej i demokratycznej Polski nad Rosją Sowiecką nie dawało się przerobić na nic. Żyło w opowieściach rodzinnych, kazaniach rocznicowych, bibule i radiach z zagranicy - daleko od telewizji i programów szkolnych.
Teraz w warunkach wolności obchody rocznicy Bitwy Warszawskiej, takie jak w ostatnich dniach, wyglądają, jakby czas zatrzymał się przed PRL. Związek między rokiem 1920 a 1989 bywa podkreślany przez polityków, lecz nie przeniknął do świadomości powszechnej. Mogą to zmienić ogłaszane ostatnio inicjatywy samorządowe, ale państwo polskie pomysłu jeszcze nie ma.
Aby mit potrafił wpływać na życie ludzi i bieg historii, muszą w nim być postacie bohaterów, z którymi możemy się utożsamiać, widzieć w nich ideał i wzór, jeśli nie na co dzień, to na czas nadzwyczajnych wyzwań. Nie wystarczy pomnikowy lider, nawet sam marszałek Piłsudski. Zdolność trwania przez pokolenia mają tylko takie mity, które inspirację życiową dają ludziom młodym, mającym największą swobodę wyboru, kim chcą zostać.
Dzisiejszy kult Powstania Warszawskiego 1944 rozwija się i przenika do polskiej kultury popularnej przede wszystkim dlatego, że dał młodym Polakom wzór młodego superbohatera - nie pomnikowego, nie papierowego, lecz autentycznego. Z otoczonym chwałą powstańcem warszawskim utożsamić się może każdy.
Nie ma hierarchii i barier, liczą się dokonania, a wspólnota równych zapewnia więź. Ale superbohater 1944 jest w rzeczywistości skazany na klęskę, zabity przez Trzecią Rzeszę, NKWD lub UB albo wygnany, albo więziony i prześladowany. Jego święte miasto zmienia się w morze ruin. Spekulacje historyków i polityków nie dają poczucia zwycięstwa i spełnienia przez zwycięstwo. Spełnieniem jest sama walka i wspólnota walki - bardzo dużo i bardzo mało.
Mit Bitwy Warszawskiej 1920 roku ma superbohaterów równie prawdziwych, demokratycznych i należących do równie mocno zintegrowanej wspólnoty, ale zarazem zwycięskich, którzy przeszli próbę wojny i wywalczyli wolność, niepodległość i pokój na pokolenie.
Superbohater 1920 zostaje nagrodzony na ziemi, żyje, kocha i jest kochany.
Dobro zwycięża, tak jak najczęściej (chociaż nie zawsze) w zakończeniach starych i nowych legend Zachodu. Taki jest legionista, żołnierz szarej piechoty nie tylko legionowej, kawalerzysta, oficer łamiący szyfry przeciwnika. Taki jest uczeń ochotnik i student ochotnik z Legii Akademickiej. Albo robotnik, rzemieślnik, rolnik w wojsku lub pracującej na wojennych obrotach gospodarce.
To wspólnota szersza niż w 1944 roku. Rok 1920 najlepiej symbolizuje jedność społeczeństwa i kraju. Uczestniczyli w Bitwie Warszawskiej bezpośrednio lub pośrednio - wkładem zasobów gospodarczych i wszelkich innych - Polacy ze wszystkich regionów. W tym oddziały wojska z Wielkopolski, wzmocnione pozytywnym doświadczeniem wcześniejszego sukcesu powstania wielkopolskiego - jedynego wygranego wśród polskich powstań zbrojnych.
Dziś potrzebny jest narodowy program pamięci i wiedzy o zwycięstwie z 1920 roku, równoległy do starań o upamiętnienie i wypromowanie historycznych sukcesów Solidarności. Powinniśmy krajowymi siłami - z woli Sejmu i Senatu - zbudować "widoczny znak" w obronionej wspólnie w 1920 roku stolicy.
Mógłby to być zaczerpnięty wprost z zachodniego kodu kulturowego łuk tryumfalny lub inne, ale koniecznie zrozumiałe uniwersalnie dzieło, jakie stworzyć potrafiliby zaproszeni do otwartego konkursu artyści i urbaniści z Polski i świata. Jeśli łuk, to nie kopia antycznych. Monumenty można dziś tworzyć nawet ze szkła i światła. Nazwa powinna zawierać słowa: "Zwycięstwo 1920 roku" - nie tylko "bitwa" ani "wojna", nie "męczeństwo" ani "ofiary", lecz właśnie "zwycięstwo".
Miejsce powinno być wybrane na jednej z głównych osi widokowych miasta, być może symbolicznie nad Wisłą - na jej wschodnim brzegu, być może naprzeciw kościołów i pałaców Starego Miasta i Osi Królewskiej. Łuk na miarę XXI wieku mógłby spinać brzegi Wisły. "Widoczny znak" największego tryumfu nie może zostać skromnie ukryty w parku lub u stóp kamienic. Powinien wrosnąć w sylwetkę Warszawy, podobnie jak łuki zwycięstwa z różnych epok i stylów w widok Paryża.
Nie trzeba wymyślać nowego muzeum w Warszawie i rozpraszać energii społecznej i środków. Wystarczające byłoby krajowe wsparcie dla już zaplanowanego Muzeum Wielkiej Bitwy Warszawskiej włącznie z Centrum Informacyjno-Edukacyjnym, które przy jednym z historycznych pól bitewnych zaczyna budować samorząd miejski Wołomina. To legendarny Ossów, miejsce, w którym poległ prowadzący studentów do boju ksiądz Ignacy Skorupka.
Autorem projektu jest współtwórca Muzeum Powstania Warszawskiego Mirosław Nizio. Również w Wołominie wykorzystane będą najlepsze światowe doświadczenia ekspozycji multimedialnych i interaktywnych, jakie odpowiadają wrażliwości XXI wieku i sprzyjają rozbudzaniu wyobraźni młodych. Tak jak Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Wielkiej Bitwy Warszawskiej będzie mieć atut położenia w autentycznej przestrzeni wydarzeń i będzie na nią aktywnie wychodzić. W centrum Warszawy trzeba zbudować przyczółek: terminal informacyjny z bezpłatnym transportem do Ossowa.
Wspólnie z sąsiadującą przez pole bitewne Zielonką Wołomin już utworzył (pierwszy na Mazowszu) park kulturowy Ossów Wrota Bitwy Warszawskiej 1920 roku. Uaktywniają się samorządy gminne i powiatowy na wschodzie metropolii warszawskiej, gdzie bezpośrednio rozstrzygały się losy Polski i świata.
Pobliski Radzymin zamierza wznieść Centrum Historyczno-Kulturowe z Ołtarzem Narodowym i batalistyczną panoramą w historycznym stylu Jana Matejki. Te samorządowe inicjatywy równają się wagą Europejskiemu Centrum Solidarności powstającemu w Gdańsku. W sprawie przywrócenia Polakom świadomości zwycięstwa 1920 roku samorządowcy gminni i powiatowi wyprzedzili państwo polskie.
Legenda 1920 i legenda 1989 niosą wspólne przesłanie: jak zbrojnie lub pokojowo wygrywać z agresją i totalitarną ideologią - prawdopodobnie największymi zagrożeniami nie tylko XX wieku, lecz również przyszłości. Mit 1944 uczy walczyć, ale mity 1920 i 1989 uczą walczyć skutecznie.
***
Grzegorz Kostrzewa-Zorbas jest politologiem, radnym PO i przewodniczącym Komisji Strategii Rozwoju Regionalnego sejmiku Mazowsza
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.