Menu Region

Gwiazda domowa

Gwiazda domowa

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Hubert Musiał

Prześlij Drukuj
Z zespołem Boys kilkakrotnie zjeździł całą Polskę i pół Europy. Bez piosenek Marcina Millera "Wolność", "Jesteś szalona" i "Kochana, uwierz mi" Polacy nie wyobrażają sobie udanego wesela.
Marcin Miller jest jednocześnie idolem i swoim chłopem. Podczas naszej telefonicznej rozmowy bus z Boysami zostaje zatrzymany przez policję. W słuchawce słychać: "Cześć, Marcin. Starego kolegi z Gołdapi nie poznajesz? Piliśmy razem...".

Kilka lat temu media obwieściły światu śmierć disco polo i Marcin Miller, wielka gwiazda nurtu, zniknął. Gdzie Pan był?

Nie potrafię nic innego poza śpiewaniem, więc co miałem robić i gdzie być jak nie na scenie?
Wie pan, świat wykreowany przez media ma mało wspólnego z rzeczywistością. Zwłaszcza jeśli chodzi o disco polo. Oficjalnie więc trąbiono, że gatunek umarł śmiercią naturalną, a nieoficjalnie na nasze koncerty cały czas przychodziły tłumy.

W tym roku zespół Boys kończy 18 lat. Czuje się Pan wciąż chłopakiem czy już mężczyzną?

Mam 38 lat, więc jestem już dojrzałym mężczyzną, choć równocześnie na scenie cały czas pozostaję Boysem (śmiech).

Z tego, co widać podczas koncertów pod sceną, jest Pan również symbolem męskości.

Wolałbym się nie utożsamiać z tym wizerunkiem, bo w te buty ubrały mnie media, utożsamiając z moją osobą teksty piosenek. I to absolutnie bezpodstawnie, bo przecież piszę je, wychodząc na przeciw zapotrzebowaniu publiczności. Nauczyłem się żyć z tym, że ludzie postrzegają mnie przez pryzmat tego, co robię na scenie. Już nazwa naszego zespołu zobowiązuje. Dlatego też kiedy wychodzimy na estradę, staramy się podobać kobietom. Jesteśmy takimi, jakimi chcą nas widzieć. Wysportowani, umięśnieni, trochę przystojni, ale bez przesady, wciąż stanowimy niezłą partię dla wielu dziewcząt (śmiech). Oczywiście tylko teoretycznie, bo prywatnie jesteśmy już zajęci.

Co powinien mieć w sobie prawdziwy mężczyzna? Dobre maniery czy raczej instynkt zwycięzcy?

Jestem facetem i moje pojęcie prawdziwego mężczyzny jest inne niż to, które mają kobiety. Mogę więc mówić wyłącznie w swoim imieniu. A jako Marcin Miller zawsze staram się być szarmancki ipomagać żonie.

A co dla mężczyzny jest obciachem?

Przez 18 lat uodporniłem się na wszystkie docinki i stresujące sytuacje. Dzięki temu dziś jestem odważniejszy. Kiedy idę do restauracji i widzę pięć łyżek i sześć widelców, biorę pierwszy sztuciec z brzegu. Mam to gdzieś, czy ktoś się będzie ze mnie śmiał. Bo największym obciachem jest zgrywanie kogoś, kim się nie jest.

A czy mężczyzna powinien być konsekwentny?

Powinien, ale z reguły nie bywa i obgaduje innych za plecami. Tego nie znoszę.

Pytam, bo Leszek Miller powiedział kiedyś, że mężczyzny nie poznaje się po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. Tymczasem Pan z reguły nie kończył tego, co zaczynał: studiów, szkoły muzycznej…

Faktycznie, jeśli tak będziemy to rozumieli, okaże się, że konsekwentny jestem tylko w kwestii marki samochodu. Kiedyś powiedziałem, że nigdy nie kupię bmw i zawsze będę wierny mercedesowi. I jestem.

Czemu nie kręci Pana bmw?

A zna pan taki przepis na sałatkę buraczaną: wrzucić granat do beemki? Niech to wystarczy za całe tłumaczenie.

Sumiennie rozdziela Pan życie prywatne od zawodowego. Tym niemniej w ubiegłym roku powiedział Pan, że wchłonęła Pana osobowość sceniczna i tylko rozum nie jest Boys. Nie przeszkadza Panu ta schizofrenia?

To nie do końca tak. Grając 200 koncertów w roku, siłą rzeczy przez większą jego część jestem bardziej muzykiem niż mężem i ojcem. Tymczasem ludzie myślą, że w codziennym życiu, tak jak i na scenie, jestem uśmiechniętym luzakiem, któremu jest wszystko jedno i który nie zwraca uwagi na publiczność.

A to nieprawda?

Nieprawda. Czy uwierzy pan, że ja przed każdym koncertem mam tremę?

Po 18 latach regularnego występowania? To niemożliwe.

A jednak. Przed każdym wyjściem na scenę muszę się wyciszyć. Pochodzić przez 10 minut po garderobie. Nie wstydzę się tego. Myślę, że świadczy to o moim poważnym podejściu do tematu.

A jaki Marcin Miller jest w domu?

Po koncercie schodzę ze sceny i milczę. Po tym wszystkim, co wygaduję do mikrofonu, w ogóle nie chce mi się mówić. Nawet dzieci twierdzą, że jestem mruk. Kiedy po koncertach wchodzę do domu, synowie opowiadają mi, co wydarzyło się, kiedy mnie nie było w domu: kto strzelił bramkę, a kto nie. A ja tylko rozpakowuję torby. W końcu mówią: "Dobra, nie będziemy ci przeszkadzać". Poza tym jestem całkowicie normalny (śmiech). Jak każdy człowiek chodzę na zakupy, do fryzjera i do toalety. Jestem kochającym mężem i ojcem. Mam też swoje obowiązki. Nie jest ich może za wiele, bo prowadzenie domu jest domeną mojej żony. To ona wierci dziury, przybija gwoździe, pieli. Ja potrafię tylko kosić trawnik.

Symbol seksu pielęgnuje trawnik? To fanaberia czy forma relaksu?

To fakt. Po prostu lubię wieczorem usiąść sobie na tarasie, popatrzeć na świeżo skoszony trawnik przed domem. To mnie uspokaja.

Zatem jest Pan wzorcowym ojcem. Nie goni Pan synów do koszenia. Nastolatki tego nie znoszą...

Nastolatki owszem, ale ja już nie jestem nastolatkiem (śmiech) i lubię kosić. Kiedy proszę któregoś z synów o zajęcie się trawnikiem, odpowiadają mi, że owszem mogą to zrobić, ale… nie wiadomo, jak to wyjdzie. Więc cóż począć, zakasuję rękawy i koszę sam. Ja swoim dzieciom niczego nie nakazuję. Nie narzucam swojej woli, nie wyznaczam celów. Nie namawiam, by jak ojciec zostali muzykami. Sami określają, co chcą robić w przyszłości. Na przykład starszy mówi, że chciałby być prawnikiem. Szykuje się na studia.

A młodszy?

Adrian się jeszcze nie dookreślił. Ale kiedy to zrobi, uszanuję jego wybór. Ja nic nie będę nakazywał. Tak jestem wychowany.

Do słuchania swoich piosenek pewnie ich Pan też nie zmusza. Mimo to słuchają?

Ostatnio nagminnie. Sam nie wiem, co się stało. Niedawno posłuchali piosenki "Mama", przyszli i powiedzieli: "Tata, szacun dla ciebie".

Kiedyś mówił Pan, że śmieją się z tego, co tam ojciec przed laty nagrywał. Dziś ich to nie bawi?

Oczywiście, że bawi. Ale nie ma w tym śmiechu ironii. Po prostu wyciągają nagrania demo i mają ubaw. Ja zresztą też, kiedy słyszę te nagrania z garażu. Na ostatniej płycie znalazła się nawet jedna z wyśmiewanych przez moich synów piosenek i… już nie było im tak bardzo do śmiechu.

Ulubioną czynnością Marcina Millera poza koszeniem jest…


Grillowanie.

Dlaczego?

To rodzaj mojej ucieczki od koncertów. Poza tym bardzo rzadko mam okazję robić to w domu. Kiedy w weekend naród rozpala grilla, my z chłopakami jedziemy właśnie z koncertu na koncert i wkurzamy się, że kiedy inni mają wolne, my musimy pracować. Tak jak teraz. Przejeżdżam właśnie przez Mrągowo i za oknem widzę piękne jachty, ludzi łowiących rybki i zazdroszczę im, że mogą spędzać czas ze swoją rodziną. Ale wiadomo, jak każdy medal również ten ma dwie strony. Gorszą i lepszą - finansową. Dlatego zawsze jak tylko wychodzi słońce, wyciągam ruszt na taras, rozpalam i uciekam od całego tego zgiełku.

Samotnie?

Zazwyczaj z rodziną i przyjaciółmi. Ale kiedy wszyscy mają już dość mojego grilla, mogę też sam.

Skoro zdarza się im odmówić, musi Pan chyba być długodystansowcem.

Ano jestem (śmiech).

Czuje się Pan zwycięzcą? Po latach powrócił Pan w glorii chwały do Sali Kongresowej.


Koncert w Kongresowej, Spodku czy Arenie nie jest szczytem moich marzeń.

A co nim jest? Zaśpiewanie Stachury? Podobno chciał Pan to kiedyś zrobić...

Stachura to dawne dzieje, mniej więcej z czasów szkolnych. Na jego piosenkach nauczyłem się grać na gitarze. Dziś marzę o Fryderyku. Chciałbym, by wreszcie zaakceptowało mnie środowisko muzyczne. Byłoby to fantastyczne ukoronowanie wszystkiego, co do tej pory zrobiłem, i zarazem ostateczne zwycięstwo. Bo ja cały czas walczę o to, żeby środowisko wreszcie zechciało zaakceptować, że ja nie śpiewam po to, żeby odbierać innym publiczność. Że nie dyskwalifikuje mnie sam fakt, że uprawiam taki a nie inny gatunek muzyczny.

Bo wbrew temu, co się mówi, disco polo jest muzyką, a nie zjawiskiem socjologicznym. Nie rozumiem, dlaczego mam się czuć gorszy. Dlatego że podniosłem pogardzaną wcześniej gałąź muzyki może niezupełnie do rangi sztuki, ale na profesjonalny poziom? Przecież ja tak samo jak oni śpiewam i komponuję, więc też jestem muzykiem. Nasze utwory też są zarejestrowane w ZAiKS-ie, a z tytułu ich odtwarzania tak samo są pobierane tantiemy. Mało tego - często zdarza się, że występujemy na tej samej scenie, co wykonawcy uważający się za artystów. I publiczność wcale nie przyjmuje nas gorzej. A często nawet lepiej.

Spotyka się Pan z ostracyzmem tzw. artystów?

Zdarza się. Ale zdarzają się też miłe spotkania, jak to z Lady Pank. Zrobiliśmy sobie zdjęcia, pogadaliśmy. Ogólnie koncerty nie sprzyjają jednak pogawędkom.

Występuje Pan głównie w soboty i niedziele. Jaki jest Pana rekord koncertowy?

Nieprędko go pobiję. W ubiegłym roku majowy weekend trwał prawie siedem dni. Wtedy udało mi się zagrać 15 koncertów. Jeszcze pomiędzy wypadł mi wywiad u Kuby Wojewódzkiego. Więc prosto znad morza jechałem do Warszawy, a wieczorem wracałem na kolejny występ do Łodzi.

Ale chyba się opłacało. Panuje przekonanie, że Pana występ w programie poprawił wizerunek disco polo.

A Kuba Wojewódzki stał się ojcem chrzestnym gatunku (śmiech). Ten występ faktycznie zmienił nastawienie ludzi do naszej muzyki. Wprawdzie na koncerty zespołu Boys zawsze przychodziło dużo ludzi, ale od ubiegłego roku rzeczywiście zrobiło się przyjemniej. Nie ma krzywych tekstów i szyderczych uśmieszków. Na pewno występem u Wojewódzkiego zyskałem sobie wielu zwolenników.

A udziałem w "Big Brotherze"?

Kolejnych. Znajomi i znajomi znajomych twierdzą, że podniosłem jakość programu.

Ile razy wracał Pan do domu Wielkiego Brata? Pytam, bo pogubiłem się w tych Pańskich wyjściach i wejściach.

Nie pan jeden, nawet moi koledzy z zespołu się w tym pogubili. Byłem trzy razy. Za pierwszym razem podpisałem umowę na dwa tygodnie i trzy dni, bo miałem wcześniej zabukowane koncerty. Kiedy wyszedłem, okazało się, że organizator w obawie, że zapomniałem o wcześniejszych zobowiązaniach, skreślił nas z listy występujących i mogłem raz jeszcze wejść do domu. Tym razem tylko na tydzień. Potem weszliśmy z Gulczasem jeszcze raz, na dwa dni. Obecnie organizatorzy namawiają mnie na czwarte wejście, ale nie wiem jeszcze, czy się skuszę.

Nagrał Pan 21 płyt. Wie Pan, w jakim nakładzie się rozeszły?

Nie.

Mówiło się o milionach.

Coś w tym jest, bo pamiętam, jak mniej więcej 10 lat temu zadzwonił do mnie kolega, który pracował w tłoczni. Powiedział, że właśnie opijają milionowy egzemplarz płyty "OK" z przebojami "Szalona" i "Chłop z Mazur". A to było niecały rok po premierze. To był mój największy sukces. I prawdopodobnie szczyt możliwości, bo pewnie nie uda mi się go powtórzyć.

Odbiła Panu wtedy sodówka?

Trochę walnęło mi na mózg. W końcu jestem tylko człowiekiem łasym na uciechy świata. I skusiłem się na nie. Było z tym trochę śmiechu i trochę więcej łez. Dziś niezbyt miło wspominam tamten czas, aczkolwiek coraz częściej mnie i żonie zdarza się z tego śmiać. Moja żona Ania jest bardzo kochana. Starała się mnie zrozumieć. Wybaczyła mi wiele wyskoków, a dziś nie ciosa mi z tego powodu na głowie kołków.

Sam Pan dał sobie radę?

Rozmawiałem z Muńkiem Staszczykiem. On w chwili kryzysu skorzystał z rady psychologa. Ja nie jestem artystą z metropolii, ale z przedmieścia. Nie chodzę do psychologa, foniatry ani na lekcje śpiewu (śmiech). Pomogła mi rodzina. Najpierw jedną męską rozmowę przeprowadziła ze mną mama, potem drugą żona, a trzecią przeprowadziłem już sam, i poskutkowało.

Skoro zarzuca się Panu, że na scenie bywa nieobecny, to o czym Pan myśli, stojąc przed publicznością?

Żeby wszystko dobrze wypadło. Żeby koncert był ciekawy i ludzie się bawili. Uśmiechali się i śpiewali nasze piosenki.

A o czym Pan myśli wieczorem, patrząc na świeżo skoszony trawnik przed swoim domem?

Jaki mam piękny dom i piękną rodzinę. W życiu nie myślałem, że stać mnie będzie nie na kupienie, ale wybudowanie domu. Oczywiście zrobiła to żona, bo ja nie nadaję się do prac wykończeniowo-remontowych.

Ma pan synów, dom, wspaniałą żonę. Drzewo Pan posadził?

Nie. Mam w okolicy dużo drzew, bo mieszkam pod lasem. Poza tym przyznam się panu, że jestem strasznym leniem (śmiech).