Przeżył Powstanie Warszawskie dzięki komarom, poświęceniu alianckich pilotów i flirtującej z Niemcem dziewczyny. Stefan Bałuk, pseudonim Kubuś, jeden z cichociemnych, dziś 95-letni generał brygady, specjalnie dla "Polski" relacjonuje akcje bohaterskiego patrolu żołnierzy z plutonu "Agaton", którym towarzyszyła seria nieprawdopodobnych zdarzeń
Relacja Stefana Bałuka z akcji patrolu powstańczego, który przekradł się przez niemieckie pozycje na Dworcu Gdańskim i sprowadził oddziały żołnierzy z Puszczy Kampinoskiej
Jego odwaga graniczyła z zuchwalstwem. Stefan Bałuk, zwany polskim Jamesem Bondem czasów wojny, razem z trójką kolegów w czasie Powstania Warszawskiego przekradł się przez niemieckie pozycje na Dworcu Gdańskim, dotarł do Żoliborza, gdzie dostarczył dowódcom potrzebne części radiostacji, aby pomiędzy walczącymi oddziałami zachować łączność.
Ale to nie wszystko: bohaterski patrol sprowadził też na Żoliborz kilkuset żołnierzy z Puszczy Kampinoskiej. Za bohaterskie czyny cała czwórka została odznaczona Orderem Wojennym Virtuti Militari.
Dziś, w stopniu generała brygady Wojska Polskiego, ten 95-letni żołnierz Armii Krajowej, jeden z 89 cichociemnych walczących w Powstaniu, opowiada "Polsce" szczegóły tej spektakularnej operacji.
Już sama jego obecność w Warszawie tamtego lata 1944 roku była owiana legendą. Stefan Bałuk po kampanii wrześniowej w 1939 roku przedostał się do Francji, gdzie znalazł się w 10. Brygadzie Kawalerii Pancernej pułkownika Stanisława Maczka.
Po klęsce Francji trafił do Wielkiej Brytanii, gdzie w szkole wywiadu w Glasgow ukończył w stopniu podporucznika szkolenie wywiadowczo-dywersyjne. Z bazy we Włoszech próbowano go samolotem przerzucić do Polski, ale dwukrotne próby (w 1943, a następnie 1944 roku) spełzły na niczym. Raz zawinił samolot, który doznał nagłej awarii, innym razem winna była pogoda: mgła nie pozwoliła na skakanie ze spadochronem. Dopiero za trzecim razem, wiosną 1944, udało się go zrzucić na spadochronie w okolice Warszawy. Jego konspiracyjna działalność w AK polegała na podrabianiu potrzebnych żołnierzom AK papierów, fałszowaniu niemieckich kenkart, a także na fotograficznym dokumentowaniu wojny. Jego zdjęcia fortyfikacji i bunkrów niemieckich, robione w momencie, gdy za posiadanie sprzętu fotograficznego w okupowanej Warszawie groziła śmierć, pomogły później w powstańczych walkach.
- Ale takiego zbiegu okoliczności i nagromadzenia zdarzeń w ciągu kilku dni Powstania Warszawskiego, jaki mi się przydarzył, nie wymyśliłby nikt - mówi "Polsce". I dodaje z zamyśleniem: - No, chyba że w grę wchodzi żołnierskie szczęście, dzięki któremu wychodzi się z sytuacji beznadziejnych. A szczęście żołnierskie daje Bóg.
Swoją opowieść Stefan Bałuk zaczyna od... kwarcu. Ta niewielka część radioodbiornika, która określała, na jakiej fali pracuje aparat, w pierwszych dniach Powstania spędzała sen z powiek dowództwu Powstania.
Już po pierwszych akcjach powstańczych w dniach 1-5 sierpnia Warszawa została podzielona na odrębne obszary walk. A wówczas sprawą priorytetową było utrzymanie łączności radiowej między walczącymi oddziałami. Zwłaszcza między Starym Miastem, Żoliborzem a Kampinosem, gdzie odbywały się zrzuty z samolotów alianckich tak potrzebnej walczącym żołnierzom broni i amunicji.
Stefan Bałuk nie potrafi dziś powiedzieć, a pewnie i nikt nie wie, jak to się stało, że niezgodność kwarców radiostacji spowodowała problemy w łączności.
- Dość, że kwarce zostały pomylone - mówi. W związku z tym łączność radiowa między Starym Miastem a Żoliborzem odbywała się via Londyn. Meldunki drogą radiową przekazywane były ze Starego Miasta do Sztabu Polskich Sił Zbrojnych w Londynie, a z Londynu na Żoliborz i odwrotnie. Trzykrotnie wysłane patrole ze Starego Miasta na Żoliborz, które miały dostarczyć odpowiednie kwarce, zginęły pojmane przez Niemców.
Pułkownik Karol Ziemski "Wachnowski", dowódca Grupy Północ, zgodził się podjąć jeszcze jedną próbę, na którą ochotniczo zgłosił się patrol czterech powstańców z Plutonu "Agaton". Byli to: właśnie podporucznik cichociemny Stefan Bałuk "Kubuś", jego dowódca cichociemny Stanisław Jankowski "Agaton", podporucznik Jan Wojtowicz "Wojtek" i podchorąży Kazimierz Piechotka "Jacek". Był 13 sierpnia 1944 r., godz. 17.
- Otrzymaliśmy kwarce dla radiostacji żoliborskiej oraz ustne rozkazy. Postanowiliśmy iść przez tereny sportowe klubu Polonia i park Traugutta. Pofałdowany, zielony teren przecinał pozycje niemieckie w najwęższym miejscu i ułatwiał krycie - relacjonuje Stefan Bałuk.
Wyszli około godz. 1 w nocy. Ciszę nocną przerywały jedynie potworne ryki pacjentów Szpitala Jana Bożego dla psychicznie chorych przy ulicy Bonifraterskiej. Niczym Indianie czołgali się wśród krzaków, wolno, przystając co jakiś czas i nasłuchując. Wykorzystywały to gromady komarów, napadając na nich i tnąc niemiłosiernie po twarzach i dłoniach.
- Na wojnie zdarzają się nieraz sytuacje śmieszne, które bardzo trudno zrozumieć w innych okolicznościach - mówi Bałuk. - Zaryzykuję twierdzenie, że ból i swędzenie od tych małych insektów tłumił nasz strach przed Niemcami i odciągał uwagę od niebezpieczeństwa.
Nagle, tuż przed nimi, w złowrogiej poświacie księżyca, pojawił się ciemny zarys bunkra. Ominąć go nie było sposobu. W środku mogli być Niemcy.
- "Agaton" skinął na mnie i na "Wojtka". Z granatami w rękach i z bronią gotową do strzału, jak najciszej podczołgaliśmy się od tyłu bunkra. Był pusty - mówi Stefan Bałuk. Kolejne kilkadziesiąt metrów czołgania się, do szkolnego budynku otoczonego drucianą siatką. Zauważyli, że do okien na piętrze biegły telefoniczne kable.
Tym razem rozpoznanie wzięli na siebie "Agaton" z "Jackiem". Czołgając się wzdłuż ogrodzenia, spostrzegli otwartą furtkę. Nie było wartownika, a i budynek świecił pustkami. Widocznie jedynie w dzień musiał służyć Niemcom za artyleryjski punkt obserwacyjny. Powstańcy odetchnęli z ulgą. Jak dotąd szczęście im sprzyjało. Zmordowani wysiłkiem, wyczerpani psychicznie, dłuższą chwilę odpoczywali nieopodal budynku.
Ale najgorsze było dopiero przed nimi. Od torów kolejowych Dworca Gdańskiego dzieliła ich tylko ulica, za nią nasyp po przeciwległej stronie i budka nastawnicza. Z rozbitego wodociągu środkiem ulicy płynęła woda. Tę przestrzeń trzeba było przebiec i to "jednym skokiem". Ruszyli jednocześnie i wtedy się zaczęło. Dźwięk chlupoczącej wody dotarł do uszu wartowników z niemieckiego posterunku, który znajdował się kilkanaście metrów dalej.
Powstańcy słyszeli dochodzące z niego rozmowy, docierał do nich dym palonych przez Niemców papierosów. W ich stronę poleciały pierwsze serie z cekaemów, a zaraz za nimi rakiety świetlne.
Niemcy w pełnej krasie ujrzeli powstańców przeskakujących przez zalaną wodą ulicę. Nie oszczędzali amunicji. Od strzałów zrobiło się głośno nie tylko na całym odcinku Dworca Gdańskiego, ale, jak im potem opowiadano, również na Starym Mieście. Ich koledzy w tamtym momencie stracili nadzieję, że im się uda.
Tymczasem żołnierze z patrolu już po pierwszych strzałach nieprzyjaciela padli na zalaną wodą ulicę, przywarli na płasko, czekając na podejście Niemców. Zdawali sobie sprawę z tego, że szanse na długą obronę były znikome. Cała ich broń to cztery pistolety, tyleż sztuk granatów. Jednak Niemcy nie odważyli się opuścić posterunku i choć bali się nocy, to jednak cały czas trzymali ich pod ogniem. Powstańcy, niemal niezauważalnie, centymetr po centymetrze czołgali się między szynami.
I wtedy kolejny raz zagrało im żołnierskie szczęście. Wysoko w górze dał się słyszeć szum motoru. Nad Warszawę nadleciał aliancki samolot, jeden z tych, jakie dokonywały zrzutów broni i amunicji dla walczących warszawiaków. Niemieckie reflektory próbowały złapać samolot w wiązkę promieni, aby go oświetlić i tym samym umożliwić ostrzał artylerii przeciwlotniczej. Dzięki temu uwaga Niemców ostrzeliwujących patrol na kilka sekund przeniosła się ku niebu. Niestety - pojedynek o życie dla alianckiego samolotu zakończył się tragicznie.
- Ofiara tamtych lotników uratowała nam życie - mówi Stefan Bałuk. - Tych kilka sekund wystarczyło, by kilkoma skokami dopaść nasypu, wyjść na teren składów przy ulicy Krajewskiego, a 200 metrów dalej była już pierwsza polska barykada. Udało się!
Nie znali hasła i polski wartownik długo trzymał ich pod bronią, z rękami uniesionymi do góry, zanim wytłumaczyli, że idą ze Starówki z kwarcami i rozkazami. Przejęty nie zauważył, że każdy z nich trzymał w jednej dłoni granat, a w drugiej pistolet.
Byli pierwszym patrolem, któremu udało się przejść ze Starego Miasta. Zameldowali się u pułkownika Mieczysława Niedzielskiego "Żywiciela", dowódcy Żoliborza. Nie miał on niestety żadnych wiadomości o majorze "Okoniu", wysłanym do Puszczy Kampinoskiej. Żołnierze patrolu zdali więc kwarce do radiostacji, przekazali meldunki i poprosili o zgodę na marsz po sprowadzenie oddziałów z Kampinosu. "Żywiciel" przydzielił im łączniczkę. Bez przeszkód, skrótami doprowadziła ich do punktu kontaktowego, jaki mieścił się w Zakładzie dla Ociemniałych w Laskach.
Tam kwaterę miał kapitan Józef Krzyczkowski "Szymon", dowódca pułku Palmiry-Młociny, liczącego ponad tysiąc trzystu żołnierzy i czterdziestu sześciu oficerów. Kapitan "Szymon" leżał ranny po ataku na lotnisko bielańskie, ale zgodnie z przyniesionymi przez patrol rozkazami wydał odpowiednie dyspozycje. Oddziały, które zostały sformowane na odsiecz Starego Miasta, składały się z 450 dobrze uzbrojonych żołnierzy wydzielonych z Batalionu Palmiry-Młociny, ze 160 kolejnych z oddziału majora Władysława Jelenia Nowakowskiego "Serba" i 160 z oddziału podpułkownika Ludwika Konarskiego "Victora".
15 sierpnia o godz. 22 patrol czterech bohaterów wyruszył razem z oddziałami w kierunku Woli. Około godz. 1 w nocy dotarli na Powązki. Tam natknęli się na stojącą wzdłuż muru cmentarza kolumnę niemieckich czołgów i samochodów. Panowała kompletna cisza. Niemcy spali w samochodach.
Nadarzała się wspaniała okazja ataku na nieprzyjaciela w pełnym zaskoczeniu.
- Niestety, pułkownik "Victor" nie stanął na wysokości zadania. Nakazał odwrót do lasu. Tylko cisza nocna i obawa, że huk wystrzału obudzi Niemców, uratowała mu życie. Ale dla nas tego było za wiele - po latach wspomina i nie może odżałować Stefan Bałut. - Nasz patrol samorzutnie objął komendę, by wypełnić rozkaz: doprowadzić oddziały na Żoliborz.
Ale najbliższa droga była zablokowana przez Niemców. I wtedy kolejny już raz do głosu doszło żołnierskie szczęście. Żołnierze w sąsiadującym sadzie natknęli się na polską dziewczynę, która pod osłoną nocy miała randkę z młodym Niemcem. Przerażony Niemiec uciekł, nie mniej przerażona dziewczyna, pod groźbą utraty życia, sobie tylko znanymi ścieżkami i opłotkami szczęśliwie poprowadziła prawie 800 żołnierzy na Żoliborz.
Ale bohaterski patrol nie spoczął na laurach. 17 sierpnia o godz. 22 znów wyruszyli do Puszczy Kampinoskiej, by przyprowadzić na Żoliborz kolejne oddziały. Przedzieranie się między niemieckimi posterunkami zabrało im noc. Następnego dnia około godz. 7 rano żołnierze stanęli przed obliczem majora Alfonsa Kotowskiego "Okonia".
"Okoń" objął komendę nad oddziałami drugiej odsieczy. Przemarsz żołnierzy na Żoliborz miał o tyle łatwiejszy i szczęśliwszy przebieg, że Stefanowi Bałukowi i Stanisławowi Jankowskiemu udało się dogadać z dowództwem dywizji węgierskiej, które zgodziło się na przepuszczenie żołnierzy środkiem swojego obozowiska rozłożonego na przedpolu Żoliborza.
I tak oddziały z Kampinosu i Żoliborza połączyły swoje siły, żeby nocą z 20 na 21 sierpnia, a następnie nad ranem 22 sierpnia zaatakować Niemców stacjonujących na Dworcu Gdańskim. Gdyby ten plan się udał, powstańcy połączyliby się z walczącymi oddziałami na Starym Mieście.
Niestety, obydwa natarcia załamały się i zostały okupione wielkimi stratami. Niemcy na przedpole Dworca Gdańskiego skierowali ostrzał z Cytadeli, ogień broni maszynowej z gmachu Chemii, który górował nad terenem walk, ogień broni maszynowej z bunkrów, a jakby tego było mało - ogień z dział pociągu pancernego, który stacjonował na dworcu.
W tych walkach poległo ponad 500 żołnierzy Powstania Warszawskiego.
I znów patrolowi powstańczemu pod dowództwem Stanisława Jankowskiego "Aga-tona" udało się przebić na Stare Miasto.
- Nasz podporucznik Jan Wojtowicz "Wojtek" podwiązał linę w burzowcu kanału i dzięki temu, przedzierając się kanałami, przeszliśmy - opowiada Stefan Bałuk. Ledwo wyszli na powierzchnię, otrzymali rozkaz natychmiastowego stawienia się w Sztabie Głównym Armii Krajowej.
Brudni, mokrzy, ociekający ekskrementami ze ścieku, stanęli wyprostowani jak struny przed generałem Tadeuszem Borem-Komorowskim, dowódcą Armii Krajowej. A ten ich mokre żołnierskie mundury udekorował czterema orderami wojennymi Virtuti Militari.
- Kiedy po żołnierskim odzewie: "Ku chwale ojczyzny, Panie Generale!", zrobiliśmy w tył zwrot i odeszliśmy ku wyjściu, wiedzieliśmy, że na podłodze zostały po nas cztery brudne plamy. W takich właśnie warunkach odbyła się dekoracja najwyższym polskim odznaczeniem bojowym - kończy swoją opowieść generał Stefan Bałuk.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.