Menu Region

Ikizama wraca na ring

Ikizama wraca na ring

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska
Prześlij Drukuj
W judo przez lata był niepokonany. W mieszanych sztukach walki idzie mu gorzej - na cztery pojedynki trzy porażki. W sobotę Paweł Nastula stanie na ringu po raz piąty. Przed walką z Koji Kanechiką mistrz opowiada nam, jak obudził w sobie bestię.
Dla Japończyków jest półbogiem, dla Polaków - niepokonanym kiedyś mistrzem, który pod koniec kariery zaczął przegrywać. Prawda jest taka, że Paweł Nastula jest jedynym polskim judoką i jednym z nielicznych na świecie, który na tatami zdobył wszystkie możliwe laury. Dziś mistrz olimpijski z Atlanty czuje niedosyt. Chce ponownie zaznać smaku zwycięstwa. Twierdzi, że okiełznał ból i nie boi się nikogo oprócz... własnej żony.

Lubi Pan muzykę poważną?

Czasem, kiedy mam melancholijny nastrój, jej słucham. Koneserem jednak nie jestem i chyba z własnej woli do filharmonii nie pójdę.

To niedobrze.

Dlaczego?

14 maja w Kinotece odbyła się premiera filmu dokumentalnego "Ikizama", którego kanwą jest walka Nastuli z Edsonem Drago w japońskiej organizacji mieszanych sztuk walki Pride. Reżyser, Tomek Wysokiński, który spędził z Panem setki godzin, powiedział mi po premierze: "Ten facet jest Mozartem sztuk walki".

Miłe.

Tylko tyle?
W tym, co robię, nie dostrzegam na co dzień artyzmu. To przede wszystkim ciężka praca, ale nie robi na mnie wielkiego wrażenia, że uprawiam sztukę. Ja największe sukcesy osiągnąłem w judo - to japońska sztuka walki, która dopiero później przeistoczyła się w sport.

Franciszek Starowieyski twierdzi, że mistrzostwo, jakie osiągnął Pan w walce, jest dla niego prawdziwą sztuką.

To pięknie kontrastuje ze zdaniem niektórych ludzi o tym, co robię teraz. Wciąż słyszę, że wychodząc na ring, na którym można stosować techniki judo, bokserskie, zapaśnicze, jujitsu i muay thai, zachowuję się jak chuligan.

Rani to Pana?

Mnie? Ja mam zdrowe poczucie własnej wartości i dystans do swojej pracy. Ponadto wiem, że często pochopne opinie wynikają z ludzkiego lenistwa intelektualnego

Nie chce im się Pana zrozumieć?

Nie zadają sobie trudu, żeby zastanowić się, o co chodzi w tym spor-cie, i nie stawiają sobie pytań, dlaczego to potępiają. Ci sami ludzie często z zachwytem patrzą, jak bokserzy robią sobie z twarzy krwawego tatara. To dużo bardziej nieestetyczny sport, jeśli już ktoś chce tak patrzeć na widowisko. Ja sam trenuję teraz boks i dostrzegam w nim piękno. Więc boks jest OK. Pójdźmy dalej: judo też jest w porządku, choć można w nim zakładać dźwignie i duszenia. Karate jest szlachetne, zapasy dystyngowane, nikt nie krzywi się na kick boxing. Jeśli jednak na ring wyjdzie dwóch zawodników, którzy mają do dyspozycji wszystkie techniki z tych sportów i łączą je, to nagle stają się łobuzami.
Gdzie tu logika?

Jest Pan takim współczesnym gladiatorem?

Gladiatorzy byli niewolnikami, nie walczyli dla siebie, tylko dla swojego właściciela, ale w tym, co robię, jest coś z tamtej czarno-białej rywalizacji, gdy był tylko jeden najlepszy i mógł używać każdej broni.

Gdy poproszono słynącego z agresywnego stylu walki Wanderleia Silvę o opisanie stopnia trudności swojej profesji, wypalił: To trochę przypomina walki w Koloseum, gdy gladiatorzy musieli zabić lwa. Jak ci się to udało, organizatorzy mówili: "Potrafisz zabijać lwa, ale nie zabijesz lwa i tygrysa". A jeśli i to ci się udało, to mówili: "OK, ale teraz zabij dwa lwy".

To, co teraz Pan robi, jest powrotem do korzeni ludzkiej rywalizacji?

Sięga do tego, co Grecy nazywali pankration. Było to połączenie boksu i zapasów. Ponad 600 lat p.n.e. właśnie taką rywalizację włączono do programu igrzysk olimpijskich. Warto o tym pamiętać.

Czuje się Pan współczesnym herosem?

Nie! Do czego pan zmierza?

W Polsce Paweł Nastula to postać z kart historii sportu, a jego chwała już nieco przyblakła. Za to w Japonii traktują Pana jak półboga. Na ulicy ludzie podchodzą do Nastuli z nabożeństwem, chcą go choć dotknąć.

Faktycznie przeżyłem takie momenty, gdy Japończycy szaleli na mój widok. To było zaskakujące: szedłem wzdłuż tłumu ludzi wokół hali, a oni podbiegali do mnie i próbowali dotknąć.

Nie chcieli autografów?

Nie uwierzy pan: woleli wziąć obrys mojej dłoni.

Po co?

Ktoś mi tłumaczył, że Japończycy wierzą, że w dłoni jest pozytywna energia. I oni potem przykładają sobie rękę do tej kartki i wydaje im się, że czerpią ze mnie tę dobrą energię.

Dziwne...

To kwestia kultury. Mam do tego ogromny szacunek. Ponadto w tym kraju ludzie naprawdę interesują się sportem. Podchodzili do mnie na ulicy mężczyźni i kobiety i mówili, że pamiętają rok, w którym wygrałem turniej Jigoro Kano (twórcy judo - przyp. red.). Oni mają także wspaniały stosunek do pracy i rywalizacji. Zawodnik nie musi wygrać, by zasługiwać na podziw. Ważne, by pokazał, że wkłada serce w to, co robi. Oczywiście sukces cenią jeszcze bardziej, ale mają mnóstwo słów na określenie ambicji.

Na przykład "Ikizama", które stało się tytułem dokumentu o Panu. Wysokiński usłyszał je podczas wywiadu z właścicielem organizacji Pride, którego stać na kupienie dowolnego zawodnika na świecie, jeśli tylko uzna, że godnie zaprezentuje się na ringu. Zapytany o Pana uniósł się w fotelu i powiedział: "Ikizama".

To podobno jest stare japońskie słowo, już niemal nie używane. "Ikizama" ma trzy znaczenia: określa ducha walki, godne życie, bycie wiernym obranej ścieżce.

Tego samego dnia, gdy przyleciał Pan do Japonii podpisać kontrakt, na lotnisku pojawiła się polska delegacja rządowa. Do nich przyszło kilku dziennikarzy, a do Nastuli tłum.

Dowiedziałem się o tym kilka dni później, ale faktycznie kłębiło się wokół mnie kilkudziesięciu przedstawicieli różnych mediów.

Widzieli w Panu gwiazdę.

W gazetach moje zdjęcie zestawiono z Tomem Cruise'em. Dla mnie to był szok. Trzeba jednak brać poprawkę, że tam kreuje się gwiazdy, by na nich zarobić. Mocno mnie promują, więc może kiedyś wystąpię w jakiejś kreskówce.

To inaczej niż w Polsce. Tu za sukcesem sportowym kroczy zazdrość o to, że komuś się udało.

U nas jest tak, jak w tym znanym kawale: w piekle przy każdym kotle stoi diabeł i wpycha do środka tych, którzy zamierzają uciec. Tylko polskiego nikt nie musi pilnować, bo jeśli ktoś chce się z niego wydostać, to drugi trzyma go za nogę.

To może warto przeprowadzić się do Japonii?

Kocham Polskę i tu zostanę.

Sława, pieniądze...

Poukładane życie, którego nie zamienię na żadne inne.

Popularność...

Nie zostawię trzech psów i świnek morskich moich dzieci (śmiech).

Czego w życiu się Pan boi?

Trudno to nazwać strachem. Czuję odpowiedzialność za przyszłość swojej rodziny.

A o siebie?

Jestem dużym i silnym chłopcem. W ringu zadbam o siebie.

Myśli Pan czasem, że dla przeciwnika walka z Nastulą może być pojedynkiem na śmierć i życie?

Staram się o tym tak nie myśleć.

Ale ma Pan tego świadomość?

Brazylijczycy, którzy zaczynają przygodę z mieszanymi sztukami walki w favelach, toczą boje o swoją przyszłość. Ja wywodzę się z judo i mam szacunek dla przeciwników. Tego oczekuję od mojego rywala, ale obronię się.

I dlatego pojechał Pan trenować z chorwackim zawodnikiem Mirko Filipoviciem? Przecież on mówi o sobie: "Prawą nogą wysyłam przeciwnika do szpitala, a lewą na cmentarz".

No proszę! A ja żyję. Powiem panu, że Mirek to normalny facet.

Normalny. Podczas wojny na Bałkanach był komandosem. Domyślam się, że nie strzelał w powietrze. Kiedyś powiedział dziennikarzowi, który z lekceważeniem pisał o sile jego ciosu, że udowodni ją na głowie reportera. To miał być żart.

To pewnie był komercyjny chwyt. Trenowałem z nim i faktycznie mocno kopie, ale to jednak zawodnik i zachowuje się jak profesjonalista.

Właśnie wrócił Pan z USA ze zgrupowania Team Quest.

Fighterzy z tej stajni budzą strach w organizacjach mieszanych sztuk walki, także UFC, która swoim zawodnikom każe walczyć w klatkach. Ja po prostu muszę się cały czas uczyć i jestem głodny wiedzy. W tym przypadku wiedzę można posiąść jedynie poprzez bezpośrednie treningi.

Dzięki temu podczas walki nie czuje Pan strachu?

Pamiętam tak zwane treningi serca w Tokio. Zimą, bladym świtem, trzeba było pojawić się na sali treningowej, gdzie temperatura tylko niewiele przekraczała zero stopni Celsjusza. Boso, na niemal zamarzniętej macie biłem się przez półtorej godziny. Po to, by w momencie skrajnego wyczerpania działać na zasadzie odruchów bezwarunkowych, reagować automatycznie na zagrożenie, umieć zepchnąć strach, ból, zmęczenie gdzieś daleko w głąb psychiki i myśleć tylko o konfrontacji. Judo to zabawa dla twardych chłopców. Kto przejdzie tę szkołę, wie, że ograniczenia nie leżą wyłącznie w możliwościach ludzkiego ciała, ale bardzo wiele zależy od głowy.

Chłopaki z Team Quest na koszulkach napisali sobie: "Ból jest słabością opuszczającą ciało". Ból opuścił Pana na dobre?

Ból na dobre się w moim ciele zadomowił. W tej sentencji chodzi raczej o to, że ból można znieść, że czyni nas mocniejszymi i że trzeba mieć do niego odpowiedni stosunek.

Jak można mieć odpowiedni stosunek do bólu?

Trzeba pogodzić się z tym, że towarzyszy on mojej pracy, zaakceptować to, że jest częścią mnie, i słuchać tego, co chce mi przekazać. Wiem, jak silny ból jestem w stanie wytrzymać. Kiedy mogę go znosić, nie schodząc z pola walki, a kiedy ból oznacza, że to już koniec. Udało mi się ten ból już mocno okiełznać. Czasem przychodzę do domu, a moja żona pyta: "Co cię boli?". Mówię, że nic i słyszę, że widać po mnie, że jakoś cierpię. Ja tymczasem się już przyzwyczaiłem. Ponadto nie chcę jej martwić.

Nie boi się Pan bezwzględnych facetów z Japonii, Brazylii i Bóg wie skąd, a żony się Pan boi?

To drobna, ale bardzo mocna wewnętrznie osoba. Mam dla niej ogromny szacunek i bardzo ją kocham. Nie wiem, czy jest to strach, ale jeśli tak to wygląda, trochę się jej boję.

To kto jest głową rodziny?

No jak to kto? Ja! Jestem głową, a ona szyją.

Przed rozmową zastanawiałem się, gdzie jest słaby punkt Pawła Nastuli. Teraz myślę, że są to kobiety. Oprócz żony liczy się Pan ze swoimi córkami, z mamą...

Prawda jest taka, że bez mojej żony Joasi wielu rzeczy w życiu nie byłbym w stanie osiągnąć. Odkąd sięgam pamięcią, pomagała mi, często swoim kosztem. Ja trenowałem, ona zajmowała się domem, nie poszła do pracy, żeby wychowywać nasze dzieci, dbała o mnie, wspierała. W życiu jej tego nie zrekompensuję.

Walczy Pan też dla niej?

Walczę, bo to lubię, ale i po to, żeby zapewnić lepszą przyszłość swojej rodzinie. Zarabiam przecież w ten sposób na przyszłe studia swoich dzieci, na to, by w życiu miały łatwiej niż ja.

Paweł Nastula po prostu musiał być w życiu twardy i dlatego jest tym, kim jest?

Ja o swoje walczyłem dosłownie: rękoma i nogami. Ciężko harowałem, przelewałem pot i trochę krwi, kroili mnie chirurdzy, żebym mógł dalej walczyć, zaklejałem sobie plastrami połamane palce, by jechać na zawody. Nie żałuję tego. Wolałbym jednak, żeby moje dzieci nie musiały tak ciężko zarabiać na życie. Nie mam jednak złudzeń, że czeka je twarde zderzenie z rzeczywistością, problemami. Dlatego nie daję im wszystkiego na talerzu, tylko staram się pokazać, że mogą coś osiągnąć i mają we mnie wsparcie.

Oprócz satysfakcji ma Pan z tej walki chyba coś dla siebie. Może samochody?

Kiedyś często je zmieniałem i lubiłem nowe, szybkie maszyny. Wyrosłem już z tego. Teraz sobie siedzimy i długo rozmawiamy, bo czekam na auto, które wzięła żona (śmiech).

31 maja w hali Torwaru wyjdzie Pan na ring z Japończykiem Koji Kanechiką. Kiedy pierwszy raz jechał Pan do Japonii, mówiono, że brak Panu instynktu mordercy. Obudził go Pan w sobie?

Zmieniła się moja wrażliwość, ale nie aż tak (śmiech). Tu chodzi o odruchy w trakcie walki, których nie miałem. Teraz już potrafię kopnąć leżącego, gdy pozwalają na to przepisy. Ale mordercy we mnie nie ma.

Z tą walką na pięści też nie jest całkiem tak, że stracił Pan dziewictwo w Japonii. W młodości na Żoliborzu i Pradze-Południe czasem musiał Pan korzystać z umiejętności pięściarskich.

Moja mam pracowała na Dworcu Wileńskim. Dziś to przede wszystkim nowoczesne centrum handlowe prawobrzeżnej Warszawy. Kiedyś poczekalnia i perony straszyły nie tylko brudem i walającymi się śmieciami, ale i całą masą ludzi szukających mocnych wrażeń.

Z Dworca Wileńskiego już tylko kilka kroków do Bazaru Różyckiego.

"Zaklęte rewiry" ulicy Ząbkowskiej stały przede mną otworem. Kiedyś to miejsce tętniło życiem. Ściągały tam tłumy ludzi z całego kraju, żeby coś kupić lub choćby poczuć atmosferę. Najmodniejsze ciuchy, tandetne zabawki, bigos - wszystko można było znaleźć, buszując między straganami. Czy było niebezpiecznie? Pewnie tak, i nadal jest. Ale to mnie nie odstraszało. Jeśli przeciwników było mniej niż trzech, to przeważnie szybko dawali mi spokój.

Potem przyszła wielka kariera judoki. Seria 312 wygranych walk z rzędu podczas trwającej 1220 dni passy starć bez porażki. Tytuł mistrza olimpijskiego, dwa złote medale mistrzostw świata i trzy mistrzostw Europy. Kiedy powie Pan sobie stop?

Ostatnio też zadałem sobie to pytanie i nie umiałem odpowiedzieć.

Mama się nie ucieszy. Przecież ona chciałaby, żeby jej Paweł już się tak nie bił.

Mama zawsze się o mnie martwi. Takie już są mamy. Jak trenowałem judo, też mówiła: "Pawełku, skończ już z tym, tyle osiągnąłeś, szkoda zdrowia".

Żona będzie spokojniejsza, nawet córki, które przed walkami rysują kredą na ścianie serca.

Wciąż czuję, że mam w sobie energię.

Do czego?

Do tego, by wygrać jeszcze kilka pojedynków z dobrymi przeciwnikami. Żeby pokazać, że facet w wieku 37 lat musi co prawda myśleć o tym, że jego siły są ograniczone, ale nie jest na straconej pozycji. Żeby zejść z ringu jak ktoś, kto bił się z prawdziwymi twardzielami. To są chyba dobre powody, żeby jednak dalej trenować.