Dotychczasowa polityka budżetowa rządu Donalda Tuska prowadzi do potężnego wzrostu zadłużenia Polski.
Chcąc utrzymać w ryzach deficyt budżetowy, a jednocześnie uniknąć drastycznych cięć wydatków, rząd wybrał sprytną, choć krótkowzroczną metodę. Stara się upchnąć część deficytu w innych instytucjach, takich jak NBP, ZUS, NFZ, Krajowy Fundusz Drogowy, a nawet samorządy, powiększając dziurę w całym sektorze finansów publicznych. Oznacza to, że np. ZUS, KFD czy NFZ muszą się zadłużać, bo z budżetu nie dostaną więcej ani złotówki, a wpływy ze składek z powodu kryzysu są coraz niższe.
Zaczęło się od dróg. Już na początku roku minister finansów przesunął niemal 10 mld zł na inwestycje drogowe z budżetu do Krajowego Funduszu Drogowego, agendy podlegającej bezpośrednio państwu. Oznacza to, że Fundusz, chcąc utrzymać tempo inwestycji, musi się zapożyczyć w banku. - Wydatki na drogi wcale się nie zmieniły.
Pieniądze będą teraz po prostu płynąć z kieszeni Funduszu, a ścięte wydatki zrekompensujemy korzystnymi, nisko oprocentowanymi kredytami z Europejskiego Banku Inwestycyjnego - tłumaczył Cezary Grabarczyk, minister infrastruktury, w niedawnym wywiadzie dla "Polski".
Tylko że te tłumaczenia nie przekonują nie tylko polityków opozycji, ale i ekonomistów. Ostrzegają, że nawet niewielkie długi różnych państwowych instytucji mogą niebezpiecznie powiększyć dług publiczny.
Nawet 5-8 mld zł w tym roku może zabraknąć w kasie ZUS, który wypłaca renty i emerytury.
Wszystko dlatego, że przybywa bezrobotnych, wynagrodzenia stoją w miejscu i do ZUS spływa mniej pieniędzy ze składek. Może się więc okazać, że nie będzie za co utrzymywać rzeszy młodych emerytów. W ubiegłym roku na wcześniejszą emeryturę przeszło aż 250 tys. osób. Jest problem, bo resort finansów nie wykroi w budżecie więcej niż 31 mld zł dotacji. ZUS będzie więc musiał się zadłużyć w banku, nadal powiększając dług państwa.
Kolejną bombą z opóźnionym zapłonem są samorządy, które z powodu mniejszych wpływów z podatków mają potężne wyrwy w swoich budżetach. Tylko Warszawa na koniec maja zanotowała 4,3 mld zł dochodów, podczas gdy w tym samym okresie w 2008 r. dostała z podatków 4,5 mld zł.
Miasta i gminy mają dwa wyjścia: zaciągać pożyczki albo ciąć inwestycje, które zwykle są motorem wzrostu gospodarczego. - To niebezpieczne, bo dług stanowi już ponad 50 proc. PKB. W tym roku może przekroczyć 55 proc., a to zgodnie z ustawą o finansach publicznych oznacza, że rząd musi w kolejnym budżecie zaplanować np. zamrożenie wynagrodzeń w budżetówce czy zamrożenie waloryzacji rent i emerytur - ostrzega prof. Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów.
Nadmierny deficyt finansów publicznych szkodzi też przyjęciu wspólnej waluty. W tym roku deficyt może sięgnąć nawet 6 proc. PKB, a Bruksela wymaga od nas, byśmy do 2012 r. ścięli go do 3 proc. PKB. Będzie to bardzo trudne.