Menu Region

Ring rodzinny: Maciej i Jakub Kuroń

Ring rodzinny: Maciej i Jakub Kuroń

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Sonia Ross

Prześlij Drukuj
Maciej i Kuba lubią stać przy garnkach. Najchętniej gotują, gdy mają publikę.
Maciej Kuroń

Z wykształcenia historyk. Genialny kucharz, gospodarz programu "Gotuj z Kuroniem", autor 18 książek kucharskich.

Mój syn ma wspaniałe poczucie humoru. Kleją się do niego ludzie. Roztacza wokół siebie przyjazną aurę. Z czwórki dzieci to on jest najbardziej pomocny. Jeśli go o coś poproszę, to tego nie zapomni, nie zlekceważy.

Teraz, kiedy ma już 23 lata, nie ma między nami tarć.
Jak był młodszy, to musiałem czasem odbyć z nim poważną rozmowę, gdy np. znajdowałem w jego pokoju niepokojąco dużo butelek po piwie. Albo gdy z kumplami w piwnicy, gdzie urządził "klubik", zbyt głośno grał w nocy na perkusji. Ale to normalne. W końcu był dzieckiem z krwi i kości.

Teraz wydoroślał. Razem z moim drugim synem, Jasiem, studiują w Poznaniu gastronomię i hotelarstwo. Całą trójką jeździmy po Polsce, urządzając pokazy gastronomiczne. Chłopcy są moimi asystentami. Tak było zawsze. W domu gotowaliśmy wspólnie. Jeden robił sałatkę, drugi kotlety, trzeci kompot. Teraz już sporo umieją. Kubuś początkowo studiował socjologię. Odradzałem mu. W końcu sam zrozumiał, że to nie dla niego.

Teraz jest zadowolony, bo spełnia się w tym, co robi. Ale nie do wszystkiego go przekonałem. Drugiej mojej pasji, żeglarstwa, nie podziela. Gdy był młodszy, zabierałem go razem z kolegami na Mazury, na łódkę. Miałem opinię "tata - wariat", bo kiedy w kiepską pogodę wszyscy żeglarze przybijali w pośpiechu do brzegu, ja właśnie odbijałem, zachwycony, że deszcz i wiatr nas wysmaga.

Chłopcy, przerażeni, trzymali się lin, a ja, przekrzykując wiatr, śpiewałem: "Hej, wraz, żeglarska brać!". Później z wypiekami na twarzy opowiadał Asi, mojej żonie, jaki przeżyliśmy szkwał. I już nie bardzo chciał żeglować.

Robienie wędlin też nie jest jego pasją. A wędzenie kiełbas i szynek to rodzinna scheda po dziadku, właścicielu masarni. Kuba się śmieje, że robię najdroższą kiełbasę świata, bo jest z ajlepszych składników, a później ją rozdaję. Zdarzało się i tak, że do spiżarni zakradały się koty lub lisy i pustoszyły półki. I było po kiełbasie.



Jakub Kuroń

Student Wyższej Szkoły Gastronomii i Hotelarstwa w Poznaniu. Ma trójkę rodzeństwa. Lubi podróże z tatą. Ostatnio byli w Finlandii.

Nasz dom jest otwarty dla ludzi, moich licznych przyjaciół i znajomych. Zawsze się więcej gotuje, bo a nuż ktoś wpadnie. Tata jest tolerancyjny, bezpośredni, serdeczny, nie ukrywa emocji. Ja czasem nie potrafię zacząć rozmowy o czymś, co mnie gryzie.

On to widzi i szybko znajduje sposobność, by mnie o to zagadnąć. Jestem dla niego ważny. Wspierał mnie i nadal to robi. Gdy zamiast gotowania wybrałem socjologię, mówił, że to nie dla mnie, ale nie wiercił mi dziury w brzuchu. Sam zrezygnowałem. I nie żałuję. Nasze podróże po kraju, pokazy gotowania są fajną przygodą, ale również satysfakcjonującą pracą, za którą ja i brat dostajemy pieniądze.

Jeżeli mógłbym mu coś zarzucić, to tylko to, że powinien mieć do siebie większy dystans. Jest przekonany, że skoro już tak długo uprawia ten trudny zawód, żadna pomyłka nie może mu się przydarzyć. A jednak! Kiedy na chorzowskim rynku gotowaliśmy żurek śląski, zbyt wcześnie wrzucił ziemniaki do zupy.

Kwas, który zawsze jest w żurku, nie pozwolił się ziemniakom dobrze dogotować i były trochę twardawe. Jakoś wybrnęliśmy z tej sytuacji. Ale tata nie bardzo się chciał przyznać do błędu. Gdyby się czasem "odbrązowił", byłby jeszcze fajniejszy, choć w tajemnicy pani powiem, że właściwie jest ideałem.

Śmiesznie było również, gdy gotowaliśmy flaki na warszawskiej Pradze, niedaleko Dworca Gdańskiego, podczas Festiwalu Potraw Warszawskich. Nagotowaliśmy chyba 2 tony. Najpierw rozlewaliśmy do miseczek, później ogłosiliśmy, że dajemy do słoików i garnków. Im dłużej trwała impreza, tym większe naczynia przynosili mieszkańcy. Najpierw 10-litrowe garnki a później już tylko 20-litrowe, palstikowe wanienki do kąpieli dla dzieci...

Już prawie nie pamiętam naszych tarć z czasów, gdy byłem młodszy. To nie były awantury czy kłótnie o ważne rzeczy. Raczej dostawałem reprymendy dotyczące nauki. Przyznaję się bez bicia: prymusem nie byłem, oceny miałem słabe. Jakoś przez to przebrnęliśmy. Ale za to dziś jesteśmy prawie partnerami. Razem stoimy przy garnkach. I naprawdę dobrze nam z tym.

Wysłuchała Sonia Ross
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się