Amelia Panuszko, Maciej Domagała
Data dodania: 2009-06-28 23:40:16 ▪ Ostatnia aktualizacja: 2009-06-28 23:40:16
W 1991 r. polska ekipa badała w Miednoje szczątki zamordowanych przez NKWD Polaków (© Andrzej Iwanczuk/Reporter)
Setki kości i ok. 50 czaszek polskich policjantów zamordowanych w Miednoje przez siepaczy z NKWD wciąż leży w drewnianych skrzyniach na terenie Centrum Szkolenia Policji w Legionowie.
W tym samym miejscu, gdzie - jak pisaliśmy w sobotnimi wydaniu "Polski" - po osiemnastu latach zapomnienia znaleziono je w czwartek. Wszystko wskazuje na to, że zostały przywiezione do Polski bez zachowania stosownych procedur. O sprowadzeniu szczątków z Miednoje do Polski nie słyszeli nigdy Instytut Pamięci Narodowej ani członkowie Federacji Rodzin Katyńskich. - To skandal i profanacja, trzeba tę sprawę jak najszybciej wyjaśnić - mówi Andrzej Skąpski, prezes Federacji.
Na razie policja i prokuratura w obawie przed wielkim skandalem i międzynarodowym blamażem odmawiają wyjaśnień. Tymczasem "Polska" dotarła do osoby, która prawdopodobnie odpowiada za nienależyte pochowanie szczątków polskich bohaterów. To prof. Bronisław Młodziejowski, kryminalistyk i antropolog. Dziś wykłada na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim, w latach 90. ub.w. był komendantem legionowskiego CSP. W 1991 r. znalazł się w pierwszej grupie polskich badaczy, którzy mieli możliwość zbadania miejsca mordu i ciał.
Czternastu naukowców dokonywało wówczas ekshumacji szczątków ofiar, badało je na miejscu i z zachowaniem szacunku chowało ponownie. Jak się dziś okazuje - nie wszystkie. Miały zostać przebadane przez polskich specjalistów, ale z nieznanych nam powodów trafiły do policyjnego magazynu pod Warszawą, gdzie o nich zapomniano. Dziś nikt nie chce się do niej przyznać. - Tak samo ja ją przywiozłem, jak i wszyscy pasażerowie autobusu, którym wracaliśmy do kraju - mówi w rozmowie z "Polską" prof. Bronisław Młodziejowski. - Szefem komisji badającej sprawę był ówczesny zastępca prokuratora generalnego Stefan Śnieżko, i to on odpowiadał za przywiezienie i zabezpieczenie kości - mówi. Stefan Śnieżko urząd zastępcy prokuratora generalnego sprawował nieprzerwanie przez 10 lat, a w maju tego roku został przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Prof. Młodziejowski nie chce wyjaśnić, jak to się stało, że kości pomordowanych Polaków leżały niezewidencjonowane na terenie zarządzanej przez niego szkoły. Zostały odnalezione dopiero teraz, kiedy zrobiono inwentaryzację po niespodziewanej śmierci wieloletniego pracownika magazynów.
- Wszystko powiem w prokuraturze - zapewnia Młodziejowski. Jak się okazuje, sam się do niej zgłosił. - Zadzwoniłem w piątek i umówiłem się na spotkanie. Niczego nie zamierzam zatajać, o wszystkim, co wiem, powiem dziś w południe - dodaje. Kiedy pytamy go, czy szczątki zamordowanych Polaków zostały zbadane, bardzo się denerwuje. - Niczego nie badałem - ucina rozmowę.
Zdaniem kryminologa prof. Brunona Hołysta to skandal i naruszenie standardowych procedur. - W historii powojennej Polski nie zdarzyło się dotąd, by ktoś odnalazł ludzkie szczątki na dnie magazynu, a nie w anonimowej mogile - mówi. - Powinno się obarczyć winą tych, którzy je przywieźli. Według prof. Hołysta ludzie, którzy przywieźli szczątki do Polski, powinni sporządzić szczegółowy protokół, przebadać je, a następnie godnie pochować.
Wiesław Chrzanowski, ówczesny minister sprawiedliwości z ramienia ZChN, przyznaje, że wiedział o przewiezieniu kości zamordowanych Polaków do kraju. - Miały zostać zbadane, a potem odwiezione do Miednoje - przypomina sobie. Pamięta, że zostały uroczyście odtransportowane do Rosji. - Jestem zaskoczony i zszokowany, że widocznie nie wszystkie - mówi drżącym głosem. I dodaje, że ekipa, która jeździła do Miednoje pertraktować z Rosjanami, miała tam jakieś incydenty alkoholowe, więc może dlatego tak się zdarzyło - domyśla się. Na razie wszystko opiera się właśnie na domysłach, gdyż zarówno policja, jak i prokuratura uparcie milczą.
- Wszyscy trzęsą portkami, bo dobrze sobie zdają sprawę z tego, że to wielki wstyd, awantura i sprawa polityczna - wyjaśnia nasz informator z prokuratury. - Szczątki bohaterów polskich, zamiast spoczywać w poświęconej ziemi pochowane z szacunkiem, walają się po zakurzonych magazynach i zarastają pajęczyną.
- Jesteśmy wszyscy zaskoczeni i wstrząśnięci - mówi podinsp. Anna Galant, rzecznik prasowy CSP. - Zrobimy wszystko, aby ułatwić prokuraturze w dotarciu do prawdy - dodaje. Jednak Renata Mazur, rzecznik prokuratury Warszawa-Praga, nie ma nic do powiedzenia. Twierdzi, że na to za wcześnie. Dlaczego szczątki nadal leżą w CSP? Jak nieoficjalnie się dowiadujemy, nikt nie ma pomysłu, co z nimi zrobić. Zwłaszcza że jest ich tak wiele.
Sprawą oburzeni są członkowie Federacji Rodzin Katyńskich (FRK). - Nie wiem, po co przywieziono te kości do Polski. Na pewno nie chodziło o badania, skoro ktoś je po prostu rzucił w kąt - mówi Andrzej Skąpski, prezes FRK. Dla niego ta sprawa to osobiste nieszczęście rodzin pomordowanych. - Potrafię sobie wyobrazić, co czują - mówi wzburzony.
Ks. Andrzej Kwaśnik, kapelan FRK, zapowiada, że Federacja wystosuje w tej sprawie oświadczenie. Rodziny ofiar oczekują odpowiedzi na proste pytania: w jakim celu czaszki i kości zostały przywiezione z Miednoje i kto jest winny tego, że zostały zaniedbane. - Najważniejsze jest jednak to, żeby jak najszybciej zostały pochowane na cmentarzu katyńskim - podkreśla. Ale trzeba czekać na wynik śledztwa.
Teoretycznie sprawą mógłby się zająć Instytutu Pamięci Narodowej. Ale IPN też musi czekać. - Dopiero kiedy prokuratura powszechna ustali, że czaszki mogą być przedmiotem badań IPN, prokuratorzy zwrócą się do pionu śledczego - rozkłada ręce Andrzej Arseniuk, rzecznik IPN. - Taka jest procedura.
Nieoficjalnie wszyscy mówią, że ta sprawa jest bardzo wstydliwa i politycznie niewygodna, więc szczątki pomordowanych długo mogą jeszcze nie spocząć w mogile.