Aby ratować budżet, rząd planuje w przyszłym roku podnieść akcyzę na wyroby spirytusowe. Zdaniem ekspertów podatkowych przyniosłoby to skutek odwrotny od zamierzonego i wpływy do budżetu, zamiast wzrosnąć, spadłyby.
Dowodzi tego efekt ostatniej podwyżki akcyzowej.
W styczniu rząd podniósł ten podatek o 9 proc. Do marca sprzedaż wódki spadła aż o blisko 30 proc. w skali roku - wynika z danych Krajowej Rady Przetwórstwa Spirytusu i GUS. Jak się dowiedzieliśmy, w bieżącym kwartale ta tendencja utrzymała się i spadek obrotów był tylko nieznacznie mniejszy.
Tymczasem mniejsza sprzedaż to mniejsze wpływy do budżetu.
Choć akcyza przez cztery miesiące tego roku przyniosła 3,1 mld zł, o 200 mln zł więcej niż przed rokiem, to zdaniem ekspertów jest to tylko czasowy, złudny sukces. Do spadku wpływów do budżetu dojdzie jeszcze jesienią.
- Mamy do czynienia z tzw. krzywą Laffera. Wzrost stopy opodatkowania początkowo daje wzrost wpływów budżetowych, ale po przekroczeniu pewnego punktu wpływy te spadają poniżej poziomu sprzed podwyżki - przekonuje Irena Ożóg, ekspert podatkowy i wiceminister finansów w latach 2001-2003.
Odłożenie w czasie skutków wzrostu akcyzy pokazuje przykład z lat 1999-2002. Wtedy to podwyżki stawek na wyroby spirytusowe doprowadziły do stopniowego zmniejszenia dochodów budżetu państwa z tego podatku. W tym czasie ujawniony przemyt alkoholu wzrósł aż o jedną trzecią. Gdy w końcu rząd poszedł po rozum do głowy i obniżył stawki akcyzy o 30 proc. we wrześniu 2002 r., przychody do budżetu wzrosły. W ciągu roku dzięki tej decyzji udało się zmniejszyć udział szarej strefy w rynku mocnych alkoholi z ok. 40-45 proc. do 20-25 proc. Wartość sprzedaży alkoholi z nielegalnych źródeł spadła z pół miliarda dolarów do ok. 250 mln dol. - Zabiliśmy wtedy szarą strefę. Czesi na granicy zamknęli rozlewnię alkoholu, bo Polakom bardziej opłacało się kupować tańszą wódkę we własnym kraju - wspomina Irena Ożóg.
Dziś sytuacja zmieniła się diametralnie. Nie dość, że akcyza poszła w górę o 9 proc. w styczniu, to jeszcze rząd Donalda Tuska, szukając sposobów na zasypanie dziury budżetowej, myśli o kolejnej podwyżce w przyszłym roku. Tymczasem wyższa niż u nas stawka tego podatku w Unii Europejskiej obowiązuje jedynie w Szwecji. W Polsce państwo pobiera dziś w formie akcyzy mniej więcej połowę ceny butelki wódki i puszki piwa.
Spadek sprzedaży wódki o 30 proc. w I kw. tego roku nie oznacza, że Polacy zaczęli mniej pić. Na wysokiej akcyzie korzysta szara strefa. - Jeżeli mniej ludzi kupuje alkohol, to oznacza, że znów kwitną przemyt i bimbrownictwo - uważa Irena Ożóg.
Jej zdaniem, jeśli rząd znowu podwyższy akcyzę, to tym samym podwyższy opłacalność nielegalnej produkcji alkoholu.
- Nawet co trzecia kupiona w Polsce butelka wódki może teraz pochodzić z nielegalnego obiegu - mówi Andrzej Szumowski ze Stowarzyszenia Polska Wódka.
Szumowski szacuje, że od początku roku szara strefa zwiększyła się o blisko 10 proc. Bimbrownicy pokątnie produkują nawet w garażach czy piwnicach.
- Największym problemem jest jednak zauważalny wzrost legalnego importu alkoholu zawartego w innych produktach.
Chodzi tu o rozcieńczalniki, rozpuszczalniki, substancje rozmrażające czy podpałki do grilla - dodaje Leszek Wiwała z Krajowej Rady Przetwórstwa Spirytusu.
Taki alkohol jest po cichu oczyszczany, a czasem i bez oczyszczania trafia do butelek, a potem na bazary. Państwo zaś nie ma z tego ani grosza.
Nielegalni producenci alkoholu nie przejmują się zagrożeniem ze strony urzędów skarbowych. Według wyliczeń doradców podatkowych z kancelarii Ireny Ożóg kontrolerów jest zbyt mało, by systematycznie monitorować szarą strefę - są w stanie skontrolować większych podatników najwyżej raz na 40 lat! A będzie jeszcze gorzej, bo rząd w ramach antykryzysowych cięć w resortach planuje oszczędności na etatach w urzędach i izbach skarbowych.
Po ostatnich podwyżkach akcyzy alkohol w Polsce stał się jednym z droższych w Europie. Taniej więc przywieźć go z zagranicy. - Wódki, które u nas kosztują 20 zł, na Ukrainie mają swoje odpowiedniki po ok. 6 zł. A w Czechach podobne kosztują ok. 15 zł - wylicza Leszek Wiwała.
W efekcie o miejsca pracy obawiają się tysiące pracowników polskich gorzelni czy browarów. - Już teraz ograniczyliśmy moce produkcyjne, wstrzymując pracę dwóch linii rozlewniczych w Kielcach. Przez to musieliśmy zwolnić 70 pracowników browaru - mówi Katarzyna Wilczewska z Kompanii Piwowarskiej.
Ponieważ sprzedaż wyrobów spirytusowych znacznie spadła, gorzelnie musiały już w tym roku zwolnić z pracy łącznie ponad tysiąc osób. Pracownicy z niepokojem myślą, co będzie, gdy akcyza jeszcze wzrośnie.
Skoro Balcerowicz i wyznawcy jego myśli "łekonomicznej" urzędujący w Ministerstwie Finansów wymyślili sobie, że podwyżka akcyzy ma zwiększyć wpływy do budżetu, to my ciemny lud mamy w to wierzyć. I nieważne że doświadczenie pokazuje, że jest inaczej.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.