Policjanci zastrzelili psychicznie chorego mężczyznę. Twierdzą, że biegł do nich z nożem. Problem w tym, że było ich na interwencji pięcioro, a od ofiary dzielił ich płot, który zatrzymałby rozjuszonego dzika - pisze Karolina Kowalska
W Boruczej czas zatrzymał się w latach 80. Dwie dekady po upadku PRL-u głównym środkiem komunikacji jest wóz konny, a miejscem spotkań - GS, gdzie lokalni rolnicy wyrywają się na popołudniowe piwo. To stamtąd najlepiej widać dom numer 17 i gęsty drewniany płot, za którym pięciu policjantów schowało się przed Grzegorzem Piotrowskim.
Polowanie na zwierza
W sobotę 13 czerwca lało jak z cebra i cała wieś siedziała w domach. 41-letni Grzegorz Piotrowski kręcił się niespokojny po izbie, którą dzielił z żoną i dwoma córkami. To wyszedł na podwórko, to zapukał do matki. Od trzech miesięcy nie brał leków przeciwpsychotycznych i byle co wyprowadzało go z równowagi.
Kłócił się z domownikami i siostrą, która przyjechała w odwiedziny do rodziców. To ona miała wezwać policję do awanturującego się brata.
O godz. 14 przed płotem zaparkował radiowóz z komisariatu w Jadowie. Trójka policjantów - dwóch mężczyzn i kobieta - weszła do izby młodych Piotrowskich. Zofia Piotrowska pamięta, że mąż leżał na łóżku ze wzrokiem wbitym w ścianę. Na widok gości nawet się nie poruszył. Wyszła, bo nie chciała patrzeć, jak go wyprowadzają. Chwilę później, już z okien domu teściowej, widziała, jak trójka mundurowych wybiega z izby, a Grzegorz za nimi, wyraźnie wzburzony.
- Musieli powiedzieć mu coś wulgarnego. Albo go wyszydzić, bo wybuchowo reagował na śmiech - uważa Piotrowska.
- Funkcjonariusze zostali obrzuceni butelkami i kamieniami. Wycofali się i wezwali karetkę oraz załogę z komendy w Tłuszczu. Wtedy mężczyzna wyciągnął nóż z czterdziestocentymetrowym ostrzem i ruszył na policjantów. Dwaj funkcjonariusze oddali strzały ostrzegawcze w powietrze. Napastnik nie cofnął się, więc ranili go w brzuch. Grzegorz P. po czterech godzinach zmarł w szpitalu - relacjonował zdarzenie nadkomisarz Marcin Szyndler, rzecznik komendy stołecznej policji.
Nie wspomniał, że interwencja trwała półtorej godziny, a policjantów i Piotrowskiego dzielił półtorametrowy płot, który musiałby najpierw przeskoczyć, gdyby rzeczywiście chciał zranić mundurowych.
- To było polowanie na zwierza. Mówią, że mąż rzucał w nich butelkami, a ja na podwórku znalazłam tylko zakrętki od słoików. Co ten policjant sobie myślał? Żeby go chociaż skaleczył tym nożem. Ale tak na oślep strzelać do człowieka?- Zofii Piotrowskiej trzęsą się ręce. Od śmierci Grzegorza prawie nie je, nie może spać. Nawet nie myśli jeszcze, z czego utrzyma dziewięcioletnią Madzię i ośmioletnią Justynę. Z zawodu krawcowa, przez dziesięć lat małżeństwa utrzymywali się ze zbierania jagód i skromnej renty męża.
Nie tknął nas palcem
Grzegorz Piotrowski zachorował zaraz po wyjściu z wojska. Historie choroby są dwie. Pierwsza mówi o napadzie na dworcowym peronie, po którym długo leżał nieprzytomny. Druga o dziwnym proszku, który koledzy z pracy dosypali Grzegorzowi do mleka.
- Zemdlał, przez kilka dni był jak w innym świecie. Do pracy już nie wrócił. Dużo bywał za to w szpitalu. Leczyli go na schizofrenię. Miewał psychozy, ale nigdy nie był agresywny - opowiada mama Piotrowska. W czarnej chustce, znoszonej czarnej bluzie Nike'a i z różańcem na szyi, nieufnie patrzy na dziennikarzy. - Nigdy żadnej z nas palcem nie tknął - potwierdza Zofia.
Dlaczego więc regularnie wzywały policję? - Zaczepiał nas i innych ludzi, wpadał w furię. Miałyśmy dosyć. W tamtą sobotę wezwaliśmy policję, żeby zabrała go do szpitala - tłumaczy Piotrowska. Pogotowia nie wzywała, bo kiedyś usłyszała, że "nie jest przewozówką dla wariatów".
Tego dnia Grzegorz nie był agresywny, ale rodzina uznała, że po trzech miesiącach przerwy w leczeniu lada dzień może wybuchnąć albo całkiem pogrążyć się w swoim dziwnym świecie. Stąd pomysł ze szpitalem. Mieszkańcy Boruczej wspominają, że podczas nawrotów choroby Piotrowski bywał uciążliwy, zagadywał, przeszkadzał w pracy. - Nie był agresywny, ale mógł irytować - uważa pani Jadwiga, sąsiadka z naprzeciwka. Sama z Grześkiem dogadywała się świetnie.
- Brałam go do prostych robót gospodarskich, przerzucania gnoju. Pracowity był. Za te jego 600 zł renty trudno im było wyżyć, to chodzili z żoną na jagody i sprzedawali je kupcom - opowiada pani Jadwiga, zaganiając do stodoły krowę, klacz i dwumiesięcznego źrebaka. Inna sąsiadka, z drugiego końca wsi, ma do Piotrowskiego tylko jeden zarzut: Zazdrosny był o żonę, nie wypuszczał jej samej nawet do sklepu. Ale awantur jej nie robił. Zgodnie żyli - uważa sąsiadka. Martwi się o Zofię Piotrowską: że sama nie wyżywi córek, bo o pracę dla krawcowej teraz trudno. Że nie ma meldunku u teściów, a bez tego trudno o zasiłek. I że sama nie będzie potrafiła walczyć o swoje. A należy jej się przecież odszkodowanie za męża.
- Zabili niewinnego człowieka, a teraz chcą wyciszyć sprawę - uważa pan Marian, kolega zabitego.
Policyjna żenada
Nadkomisarz Szyndler tłumaczy incydent. - Policjant zrobił to, co w jego ocenie było słuszne. Użył broni w sytuacji wyższej konieczności - w obronie własnej i swoich kolegów. Czy ta decyzja była słuszna, zdecyduje prokurator - ucina.
Od dwóch tygodni w mazowieckich komisariatach w Tłuszczu i Jadowie oraz nadrzędnej komendzie w Wołominie nie mówi się o niczym innym. Ale tylko we własnym gronie. - Ta sprawa śmierdzi. Nikt wam nic nie powie, bo istnieje coś takiego jak zawodowa solidarność - słyszymy od kolejnych policjantów z Wołomina.
- Żenada - komisarz M. z sąsiedniego powiatu, policjant z kilkunastoletnim doświadczeniem na ulicy, nawet nie próbuje usprawiedliwiać kolegów z Jadowa.
- Przecież jest tyle sposobów na spacyfikowanie człowieka, począwszy od siatki obezwładniającej. Wielokrotnie miałem do czynienia z wariatami i niemal zawsze dało się ich przekonać normalną rozmową. W ostateczności można schować się za płotem i czekać na przyjazd lekarza - uważa policjant.
Gdyby nie te półtorej godziny, warszawski antyterrorysta, komisarz K., broniłby kolegów z Jadowa. - Przez tyle czasu mogli zastosować dostępne środki chemiczne, na przykład gaz pieprzowy. Nie mówiąc o rozwiązaniu siłowym. Policjanci są szkoleni do obezwładniania osób uzbrojonych. W pięciu, przynajmniej teoretycznie, powinni dać sobie z nim radę - mówi policjant z AT.
Cztery razy w płot
Profesor Jacek Wciórka, wojewódzki konsultant ds. psychiatrii, ubolewa nad sprawą. - Przez półtorej godziny można wezwać dodatkowe zespoły pogotowia. Albo sprowadzić psychologa, jeśli sytuacja zagraża życiu osób biorących udział w interwencji. Policja powinna podchodzić do chorych z wiedzą i życzliwością, a nie błędnym przekonaniem, że każdy psychicznie chory jest niebezpieczny. W większości przypadków można go uspokoić rozmową - przekonuje profesor Wciórka.
Na razie rozmową uspokajany jest 24-letni policjant z Tłuszcza, który, nim strzelił Piotrowskiemu w brzuch, cztery razy trafiał w płot. Od dwóch tygodni jest na zwolnieniu. Pozostała czwórka z psychologami rozmawiała przez dwa dni. Teraz wróciła do pracy, ale na razie pracują za biurkiem i tłumaczą się przed wydziałem kontroli komendy stołecznej, który bada sprawę. Śledztwo w sprawie śmiertelnego postrzału prowadzi też prokuratura okręgowa w Warszawie.
- Sprawa jest prowadzona w kierunku przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy policji. Sprawdzamy, czy policjanci zareagowali właściwie i czy użycie broni było uzasadnione - potwierdza rzecznik prokuratury Renata Mazur. Pytana, dlaczego policjanci nie zostali zawieszeni w czynnościach, wyjaśnia: - Śledztwo prowadzone jest w sprawie i na tym etapie nie możemy wydać zakazu wykonywania zawodu przez funkcjonariuszy.
Świecę mu zapalą
Sprawą zajmuje się też Helsińska Fundacja Praw Człowieka. - Już na pierwszy rzut oka widać, że interwencja została przeprowadzona nieprawidłowo. Mamy do czynienia z użyciem broni palnej w sytuacji jeden na jeden, w stosunku do osoby, która nie jest przestępcą - mówi doktor Adam Bodnar, sekretarz HFPC.
Fundacja wystosowała w tej sprawie pisma do komendanta głównego policji i prokuratury. - Zginął człowiek i nie można tej sprawy zostawić. To nie pierwszy raz, kiedy policja nie potrafi użyć środków przymusu bezpośredniego i dochodzi do przekroczenia uprawnień - zapowiada dr Bodnar.
Fundacja chce pomóc Zofii Piotrowskiej, zapewniając jej pełnomocnika.
- Ta pani powinna walczyć o odszkodowanie. Chcemy jej w tym pomóc, bo sama jest bezradna - tłumaczy Adam Bodnar.
Zofia Piotrowska nie chce jednak konfrontacji z policją. Policjanci rozmawiali z nią tylko raz, tuż po interwencji, podczas której zginął jej mąż. Boi się ich kolejnej wizyty.
- Lepiej już o tym nie piszcie. To wszystko obróci się przeciwko nam - wzrok Zofii Piotrowskiej jest błagalny. - Ma pani coś na sumieniu? Jakieś sprawy karne? - pytam. - Nie, ale policja coś wymyśli. Z nimi nie wygrasz - odpowiada z przekonaniem.
Trudno jej się dziwić. Nawet w lokalnych "Wieściach Podwarszawskich" artykuł o wydarzeniach w Boruczej zaczyna się od słów: "To ogromna tragedia, zarówno dla policjanta, jak i rodziny (…)" i stanowi zapis rozmowy z funkcjonariuszami komendy w Wołominie.
A sąsiedzi w prywatnych rozmowach gotowi sobie uciąć rękę za niewinność Grzegorza, nie chcą ujawniać nawet imienia. - Żeby mnie potem po sądach ciągali? - pan Marian cofa się do GS-u. - Pewnie, z sądami lepiej nie zaczynać. Mogą tylko zaszkodzić ludziom - jego sąsiad nakłada czapkę i wsiada na pozostawiony pod sklepem traktor. - Na papier nikt tu wam nic nie powie. Przypadek Grzegorza czegoś nas nauczył - dodaje na odjezdnym.
Dlatego matka Grzegorza Piotrowskiego wzięła sprawiedliwość w swoje ręce: Temu, co go zabił, nie ujdzie na sucho. Już świecę zakupiliśmy. Zapalimy i diabli go wezmą w ciągu roku. Był taki niegodziwiec w okolicy, bogaty, ludzi wykorzystywał. Jak mu świecę zapalili, to się w dwa tygodnie z tego świata zawinął.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.