Polska » Fakty » Kraj » Drożej zapłacimy za benzynę i papierosy

Drożej zapłacimy za benzynę i papierosy

Data dodania: 2009-06-16 08:54:15 ▪ Ostatnia aktualizacja: 2009-06-16 11:04:01

Polska

Tomasz Dominiak, Tomasz Ł. Rożek

8KomentarzyPrześlijDrukuj
Mniejsza czcionka Większa czcionka
Drożej zapłacimy za benzynę i papierosy

(© PAP)

Jak podał wczoraj resort finansów, w ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2009 r. wykorzystaliśmy 90 proc. zaplanowanego deficytu.

Ale najbardziej niepokojąca jest prognoza kurczenia się wpływów podatkowych. Oznacza to, że państwo będzie poszukiwać brakujących miliardów w naszych kieszeniach. Minister Jacek Rostowski, chcąc utrzymać deficyt na zaplanowanym poziomie (18,2 mld zł), będzie się starał - co wynika z ustaleń "Polski" - zwiększyć dochody przede wszystkim przez podniesienie podatków pośrednich. Musimy liczyć się z tym, że więcej zapłacimy za papierosy, alkohol i paliwo, bo akcyza pójdzie w górę.
∨ Czytaj dalej
Możliwy jest wzrost podstawowej stawki VAT z 22 do 23 proc. Rostowski planuje także podniesienie składki rentowej z 6 do 13 proc., czego efektem będą niższe wynagrodzenia.

Rząd w poszukiwaniu oszczędności rozważa cięcia wydatków inwestycyjnych w resortach, zwłaszcza w MON. Ograniczy dotacje dla górnictwa i Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, zmniejszy dodatki mieszkaniowe i będzie ściągać bezwzględnie dywidendy od spółek Skarbu Państwa.

Ale podwyżka podatków i ograniczenie wydatków zdusi - według krytyków planów ministra Rostowskiego - konsumpcję, która w Polsce jest motorem napędowym gospodarki. Większość ekspertów ekonomicznych, z którymi rozmawialiśmy, utrzymuje, że obecnego deficytu nie uda się obronić. - Przy obecnej skali spadku dochodów zabraknie nam 30-40 mld zł, aby zamknąć budżet - uważa Mirosław Gronicki, były minister finansów w rządzie Marka Belki. - W tej sytuacji jedynym wyjściem jest zwiększenie deficytu.

Tego samego zdania jest Dariusz Rosati, były członek Rady Polityki Pieniężnej. - Powiększyć dziurę, ale z wyraźnym komentarzem, że to działanie tymczasowe i wyjątkowe. Uspokoiłoby to urzędników w Brukseli - uważa Rosati. Tak reanimują swoje budżety Niemcy, Wielka Brytania, Francja, a przede wszystkim Stany Zjednoczone.

Ale według Andrzeja Olechowskiego, byłego ministra finansów i doradcy ekonomicznego Lecha Wałęsy w latach 90., "nie podwyżki podatków, nie zwiększanie deficytu, a sprzedaż państwowych udziałów w dużych, notowanych na giełdzie spółkach może uratować polski budżet". Ze sprzedaży akcji dużych firm, jak PKN Orlen czy PKO BP, Skarb Państwa mógłby mieć nawet 45 mld zł. Rząd z prywatyzacji zaplanował na ten rok jedynie 12 mld zł, ale i tego nie będzie. Do tej pory zebrał jedynie 470 mln zł. Nawet PiS - przeciwny sprzedaży państwowych dóbr - wycisnął z prywatyzacji w 2007 r. ponad 2 mld zł.

Drugie półrocze będzie więc dla naszej gospodarki jeszcze trudniejsze. Nie bardzo też odetchniemy w roku przyszłym. W przyjętych wczoraj przez rząd założeniach do budżetu na 2010 r. PKB ma urosnąć zaledwie o 0,5 proc., a stopa bezrobocia zbliży się do 14 proc.

Budżet pęka w szwach, bo maleją wpływy z podatków

Dziura w budżecie jest coraz większa. Tylko do końca maja wydatki kasy państwa były większe od dochodów o ponad 16 mld zł, podczas gdy na cały rok zaplanowano kwotę 18,2 mld zł - podało wczoraj Ministerstwo Finansów. Deficyt budżetowy w maju był już ponad osiem razy większy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Na wieść o tym osłabił się złoty. Wczoraj wieczorem euro kosztowało 4,54 zł, a za franka trzeba było zapłacić ponad 3 zł.

Mimo coraz większej dziury w budżecie rząd chce jednak utrzymać deficyt w wysokości 18,2 mld zł. W lipcu przy okazji nowelizacji budżetu może czekać nas więc podwyżka podatków pośrednich, np. akcyzy na alkohol, tytoń czy paliwo, bo to najprostszy sposób na załatanie dziury.

Według Mirosława Gronickiego, byłego ministra finansów, przy obecnym tempie spadku dochodów budżetu państwa, oprócz zapisanego w ustawie 18,2 mld zł deficytu, w kasie państwa zabraknie jeszcze od 30 do 40 mld zł. - Rządowi nie uda się utrzymać deficytu w ryzach, bo spadają wpływy z podatków bezpośrednich i VAT - podkreśla Gronicki.
1 2 »

Dodajesz jako: Gość

ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Zaloguj przez Facebook

Podatki

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

danola (gość), 17.06.09, 10:29:15

Niech wyliczą ile stracili na obniżeniu podatków od najbogatszych? Teraz szukają pieniedzy. Piszą o paliwie, a przecież za tym idzie wzrost cen wszystkiego, bo wzrastają koszty. To wszystko to jeden wielki szwindel!!!

odpowiedzi (0)

skomentuj

Bogatych kryzys nie tyka

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

WZZ S80 (gość), 16.06.09, 16:26:30

Napisał(a) Piotr Bojko TRYBUNA ROBOTNICZA



Solidarnie zaciskajmy pasa – apelują biznesmeni z Lewiatana. Ale solidarnie mają zacisnąć pasa pracownicy między sobą, bo to hasło bogatych już nie dotyczy.
Majątek najbogatszych Polaków spadł o prawie 40 proc. – według specjalnego wydania magazynu Forbes z listą 100 najbogatszych Polaków 2009 r. Ale to i tak w sumie jakieś 46 miliardów złotych. W tym roku jedynym reprezentantem Polski na liście światowych miliarderów Forbesa jest Zygmunt Solorz. Z listy zniknęli wszyscy Polacy, którzy zostali uwzględnieni w rankingu z 2008 r. – Leszek Czarnecki (2,6 mld dol. w ub.r.), Michał Sołowow (1,9 mld dol.), Ryszard Krauze i Jan Wejchert (obaj po 1,3 mld dol. w 2008 r.), Roman Karkosik (1,1 mld dol.) oraz Bogusław Cupiał (1,0 mld). – Najbogatsi tego świata stali się biedniejsi, tak jak my wszyscy – komentuje tegoroczne wyniki Forbes. Czy aby na pewno oni to tak odczuwają? Michał Sołowow szczerze powiedział Dziennikowi, że dla niego to tylko wirtualne pieniądze. – Dziś moje akcje są warte mniej, jutro więcej, to niewiele zmienia w moim codziennym życiu – powiedział. To, że ma się mniej na koncie lub w wirtualnych akcjach nie oznacza wszak, że kryzys gruntowie przemodeluje styl życia polskich bogatych elit.
Apetyt bogatych
Choć w ubiegłym roku kryzys pojawił się i w Polsce, nie przeszkodziło to w podwyżkach płac dla szefów polskich spółek giełdowych. Ponad 3,6 mln zł zarobił w minionym roku Cristopher John Barrow, prezes Żywca – aż o 39,3 proc. więcej niż w 2007 r. 3,1 mln zł trafiło na konto Brunona Bartkiewicza, prezesa ING Bank Śląski,a 2,95 mln zł – Macieja Wituckiego, prezesa Telekomunikacji Polskiej (również o ponad jedną trzecią więcej niż w 2007 r.). Co więcej, w 2008 r. TP SA wypłaciła łącznie członkom swojego zarządu 13 mln zł (za: Manager Magazine).
Ale ten trend gwałtownego wzrostu wynagrodzeń prezesów utrzymuje się od dawna. O ile w 2005 r. średnia wynagrodzeń szefów badanych przedsiębiorstw obecnych na giełdach wynosiła 1,06 mln zł rocznie, o tyle w 2006 r. była już o blisko 12 proc. wyższa. – Apetyt rośnie w miarę jedzenia – z czasem nabieramy ochoty na coraz większe domy, lepsze auta, coraz droższe i bardziej ekskluzywne sporty, lepsze szkoły dla dzieci czy wakacje – stwierdził François Nail, dyrektor zarządzający RSQ Management.
O tym wzroście apetytów świadczą też pensje prezesów banków. I tak, w ubiegłym roku Józef Wancer z BPH zainkasował 5,7 mln zł, były premier Jan Krzysztof Bielecki z Pekao SA – 4,5 mln zł, Jarosław Augustyniak z Noble Banku – 3,5 mln zł. Nie chodzi jednak o same pensje, ale też o tempo ich wzrostu. Średnie wynagrodzenie szefów giełdowych banków zwiększyło się o 40 proc. w ubiegłym roku w porównaniu z 2007 r. W tym czasie przeciętna płaca zatrudnianych przez nich pracowników wzrosła o ok. 16 proc.
Okres tuż sprzed kryzysu był zresztą czasem euforii dla prezesów. Jak podawała Rzeczpospolita (17.03.2008) średnie miesięczne zarobki dyrektorów generalnych i prezesów pracujących w firmach z branży usługowej w zeszłym roku wyniosły 22 tys. zł. Powodów do narzekań nie mieli również szefowie przedsiębiorstw produkcyjnych, którzy co miesiąc otrzymywali 36,1 tys. zł. – Polscy menedżerowie, zwłaszcza w dużych prywatnych firmach, mogą dziś bez problemu uczciwie zarobić pierwszy milion. I to nie tylko członkowie zarządów. Zdarza się, że nawet dyrektorzy mają płace rzędu 80–90 tys. miesięcznie – zachwalał Zbigniew Dudziński, konsultant w międzynarodowej firmie doradczej Hay Group. Według jej danych, wynagrodzenia członków zarządów (płaca zasadnicza plus roczne premie i inne bonusy) dużych prywatnych firm w Polsce były na poziomie Niemiec, gdzie menedżerowie zarabiają najlepiej w Europie. Na tym tle najbiedniej wypadali zresztą szefowie spółek Skarbu Państwa, którzy mogli zarobić maksymalnie od 4 do 6 razy więcej niż wynosiło przeciętne wynagrodzenie (ale właśnie toczy się bój w Komisji Trójstronnej, aby zlikwidować te ograniczenia – ustawę kominową).
Dziwić się nierównościom?
Ten skok na kasę właścicieli, prezesów, czy kadry zarządzającej przyczynił się do tego, że Polska ma największe nierówności płacowe w Unii Europejskiej. Bogaci zarabiają niemal 14-krotnie więcej niż biedni, według raportu Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) z paździenrika ub.r. Potwierdzają to zresztą naukowcy – przykładowo z badań prof. Zofii Jacukowicz (IPISS) wynika, że „charakterystyczną cechą obecnych rozpiętości płac w Polsce jest bardzo duża komasacja wynagrodzeń w niskich przedziałach zarobkowych, poczynając od minimalnego wynagrodzenia do kwoty mieszczącej się w granicach 70–80 proc. płacy przeciętnej”, a „zaledwie 7 proc. zatrudnionych w Polsce ma wysokie wynagrodzenia, pozwalające na dostatni poziom życia i oszczędności”. Tylko w ciągu trzech lat – między 2004 a 2007 r. – udział wynagrodzeń w strukturze kosztów przemysłu spadł według GUS o pół procent – z 11,4 do 10,9 proc. A najlepszym dowodem na to, że ktoś się bogaci kosztem pracowników jest to, że w latach 2000–2006 wydajność w polskich firmach rosła w tempie ok. 30 proc., zaś płace – zaledwie 7 proc. Te zyski ze wzrostu wydajności nie wyparowały, lecz zostały przechwycone właśnie przez bogate elity.
Co tam kryzys!
Jak podała Gazeta Prawna (13.03.2009), według różnych szacunków jest w Polsce ok. 5–7 tys. osób, których osobisty majątek przekracza 1 milion euro, a od 10 do 50 tys. zł miesięcznie zarabia tylko 200 tys. osób. To oni tak naprawdę rządzą tym krajem – i niespecjalnie płacą za ten kryzys. Jak się okazuje, wciąż dużym popytem cieszą się najdroższe wycieczki zagraniczne, wyposażenie mieszkań w sprzęty najbardziej cenionych marek, telefony komórkowe po 7 tysięcy złotych, czy samochody z „górnej półki”. Klientów, mimo kryzysu, nie brakuje choćby nowemu biuru podróży Terra Mare, nastawionemu na zamożnych klientów (dwutygodniowy wypoczynek na Krecie może tu kosztować nawet 9,7 tys. zł). Bez problemów sprzedają się telefony komórkowe Aura za ponad 7 tys. zł. Tylko lutym br. kupiono w Polsce ponad 1 000 samochodów najnowszych marek Mercedesa, Audi czy BMW. Ba!, w kryzysie właśnie otworzył przedstawicielstwo w Polsce austriacki bank dla bogatych Sal Oppennheim. A tymczasem nawet w takiej Wielkiej Brytanii – jak wynika z badań firmy Prince & Assoc – ponad 80 procent bogatych przedsiębiorców planuje ograniczenie z powodu kryzysu wydatków na... kochanki. Widocznie u nas rzeczywiście nie jest aż tak źle – przynajmniej dla bogatych. Co więcej, z pomocą pośpieszył im rząd, wprowadzając reformę podatkową – przygotowaną jeszcze przez PiS – obniżającą stawki podatków dla najbogatszych aż o 8 procent.
Bez wątpienia inaczej kryzys dotyka bogatych i tych biedniejszych. I u nas rzadko słychać opinie wygłaszane bynajmniej nie przez „lewackich oszołomów”, że trzeba ograniczyć wysokość płac prezesów i kadry menedżerskiej w prywatnych przedsiębiorstwach. Z taką opinią wyszedł choćby Jean-Claude Trichet, prezes Europejskiego Banku Centralnego czy Joaquin Almunia, komisarz UE ds. polityki monetarnej, bo boją się, że te nierówności płacowe w końcu doprowadzą do eksplozji społecznej. Czasem jednak i w Polsce da się usłyszeć podobne głosy. Jak stwierdził na łamach Pulsu Biznesu (7.05.09) specjalista w dziedzinie zarządzania, profesor Krzysztof Obłój, obecne zarobki topmenedżerów oderwały się od rzeczywistości. Dodatkowo, wysokie pensje z bonusami płacono już w czasach kryzysu, okazując w ten sposób głęboką amoralność kadry. – To jest gotówka, której zabrakło w przedsiębiorstwie i trzeba ją pożyczyć, co oznacza pogorszenie sytuacji finansowej. W przyszłości żadna rada nadzorcza nie weźmie na siebie takiej decyzji – przewidywał profesor Obłój.
Kiedy więc Michał Boni, doradca premiera Tuska, mówi, że „16 razy wzrosła wartość pensji Polaków” (Metro, 18.05.09), to widać, że ma na myśli swych kolegów – tych, co się uwłaszczyli na majątku PRL, lub tych, co sterują teraz za pośrednictwem Lewiatana działalnością polskiego rządu.

odpowiedzi (0)

skomentuj

Aby się żyło lepiej?

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Wojtek (gość), 16.06.09, 15:10:42

A komu?

odpowiedzi (0)

skomentuj
Autor komentarza nie dodał zdjęcia

hhg (gość), 16.06.09, 12:42:02

http://pavel1988.mybrute.com

odpowiedzi (0)

skomentuj

Nadal uchwalajcie palikotówki

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

PPP (gość), 16.06.09, 10:59:13

Pogratulowac tylko MF dobrego samopoczucia. Najwićej zarabiają wśród ministerstw a popełnili największe gafy, które teraz skutkują dramatyczną sytuacją budżetu państwa. Dlaczego MF nie broniło dotychczasowych przepisów ordynacji podatkowej tylko pozwoliło "Palikotowej" komisji przeforsowac idiotyczne zmiany, które pomagają tylko pseudodoradcom podatkowym? Dlaczego MF nie próbowało wyperswadowac te pomysły osiołkom? Dlaczego MF paraliżuje prace urzędów celnych i skarbowych wrprowadzając absurdlane oszczędności? Panowie ministrowie, posłowie i senatorowie najpierw trzeba zacząć od siebie oszczędzać. Pan Premier powiedział po koniec ubiegłego roku, że obywatele kryzysu nie odczują. I co? Złamał słowo już w styczniu wprowadzając kretyńskie oszczędności, bo pracownik skarbowości, celnik to też ludzie i obywatele tego kraju, którzy pracują na to, by ci którzy przyjmują buble prawne mogli jeździć i latać za darmo i za tę niewdzięczną pracę nie dość że dostają łupnia od zwykłych krętczay i wyrafinowanych pseudodradców pdoatkowych to jeszcze o nich nikt nie dba z tych, którzy dzięki ich pracy mają za co latać i imprezować. No i trzeba przyznać że w MF brak ludzi myślących perspektywicznie i ekonomicznie. Jeśli pan Premier chce się opierac na ich pomysłach to może się już dziś pożegnać nie tylko z prezydenturą ale i rządzeniem przez najbliżesz 10 lat. Panie Premeirze naprawdę na rynku pracy są ludzie któzy myślą o wiele racjonalniej i przyszłościowo niż pracownicy MF. Podwyżka podatków to niższy popyt bo będą wyższe ceny. Niższy popyt oznacza organiczenie produkcji, to zaś prowadzi do wyżśzego bezrobocie. Wyższe bezrobocie to z jednej strony niżśzy popyt na towary a z druigiej strony wyzsze wydatki socjalne. A niższy popyt oznacza niższe dochody budzeu państwa z tytułu wszelikich podatków i koło się zamyka. Są to proste mechanizmy rynkowe któych uczą się studenci na I roku ekonomii a nawet i prawa. Warto by do tej edukacji powrócili pracownicy MF oraz pana ministrowie oraz pana parlamentarzyści.

odpowiedzi (0)

skomentuj

AAAAAAAAA

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

dostane szału (gość), 16.06.09, 10:01:59

niech politycy podniosa podatki od swoich zarobkow!

odpowiedzi (0)

skomentuj

ile kosztuje okupacja Iraku i Afganistanu?

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

peace (gość), 16.06.09, 09:23:39

Ile nas kosztuje utrzymanie senatu?

odpowiedzi (0)

skomentuj

dochody z prywatyzacji

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

truskawka (gość), 16.06.09, 09:15:13

Dochody z prywatyzacji w tym roku to 1,77 mld zł. Niby szczegół i mała pomyłka w artykule, ale tak jakby pokazująca jakość i rzetelność dziennikarskiej pracy...

odpowiedzi (0)

skomentuj

Rozrywka

Polska

  • Czytaj nas na iPhone oraz iPad
  • Czytaj nas na Androidzie
  • Czytaj nas na pozostałych telefonach
  • Rozrywka NMEkstraklasa LiveZobacz inne aplikacje

Aktualne wydanie:

"Polska", piątek 25.05.2012

Kup e-wydanie

Prenumerata:

Informacje: 22 201 41 01
Zamówienia z Warszawy bezpośrednio u dystrybutorów:
Ruch SA: 22 581-98-06/24
Kolporter SA: 22 355- 04- 71/73/74/77
GLM: 22 649-41-61 lub 22 649-40-80
e-wydania: www.prasa24.pl; www.e-gazety.pl, www.e-kiosk.pl

Zamów prenumeratę

Reklama:

Polskapresse Sp. z o.o. Oddział Biuro Reklamy w Warszawie

Wiktor Pilarczyk tel. 022 201 41 00

ul. Domaniewska 41
02-672 Warszawa
tel. 22 201-41-00
fax 22 201-41-99
e-mail: reklama.warszawa@polskapresse.pl

Zamów reklamę

Kontakt z redakcją:

ul. Domaniewska 41 (budynek Saturn, II piętro)
02-672 Warszawa
tel. 022 201 42 00, 022 201 42 01
faks 022 201 42 01
redakcja@polskatimes.pl

Napisz do nas

Zapisz się do Newslettera

Reklama

Reklama

Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.