Menu Region

Rozrzutność po polsku

Rozrzutność po polsku

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Andrzej Krajewski

2Komentarze Prześlij Drukuj
Wprawdzie w piłkę grać nie umiemy, ale za to w kategorii kosztownych rozrywek moglibyśmy bić się o mistrzostwo Europy wszechczasów. Nawet z katastrofy potrafimy zrobić ubaw, od którego głowa będzie pękać - pisze Andrzej Krajewski
Mimo że na Euro 2008 naszych piłkarzy jak zwykle sponiewierano, to na trybunach Polacy urządzili wspaniałą fiestę. Spod ziemi wydobyli ponoć nieosiągalne bilety, płacąc nawet 5 tys. za jeden, i świetnie się bawili, oglądając tradycyjną już klęskę. Wygląda więc na to, że jesteśmy w stanie urządzić niezły ubaw wbrew każdej katastrofie i bez mrugnięcia okiem zapłacić rachunek.

Wystarczyło, że w kraju zrobiło się trochę bogaciej, a już przeżywamy wysyp balów komunijnych na sto kilkadziesiąt osób, modę na imprezy rozwodowe, skoki spadochronowe (jeden z instruktorem 800 zł). Po wiekach przymusowego zaciskania pasa znów można wydać wielkie pieniądze na coraz wymyślniejsze rozrywki, radośnie wracając do staropolskich korzeni.

"Piśmiennictwo polskie pełne jest utyskiwań na zbytek szerzący się epidemicznie wśród coraz szerszych warstw społeczeństwa" - opisuje Jan Bystroń w "Dziejach obyczajów w dawnej Polsce", dodając, że wszyscy marzyli o tym, by dorównać stylem życia bogatszym od siebie, sięgając przy tym po zagraniczne wzorce.

Efekty tego trendu przedstawiały się na pewno oryginalnie. Kiedy kasztelan przemyski imć Wapowski na początku XVII w. organizował urodziny córki, postanowił uświetnić je lokalną odmianą korridy. Jak zapisano potem w kronice miejskiej Dynowa: "bawoła na poły szalonego, na to umyślnie przygotowanego, w miasteczku Dynowie, w rynek ciasny wpuścił".

Przy czym oryginalność walki z bykiem polegała na tym, że zaproszeni goście zza ustawionych barykad strzelali do zwierzęcia. W takcie radosnej kanonady - bo do byka prażył cały tłum - ustrzelono nie tylko zwierzę ale też jednego sługę kasztelana. Z czego potem Wapowski musiał tłumaczyć się przed sądem.

Tak właśnie staropolska szlachta (zupełnie jak współcześni Polacy) okazywała uwielbienie dla zagranicznych nowinek, adaptując je na rodzime warunki w twórczy sposób. Stąd też wzięła się ambicja posiadania dla rozrywki choć jednego karła.

"Bawiono się nimi chętnie i drogo za nich płacono; ponieważ nie można było ich sztucznie mnożyć, więc jedynie dwory magnackie mogły sobie na zbytek ten pozwolić" - opisuje Jan Bystroń. Przy czym wcale to nie oznaczało, że mniej zamożni miłośnicy owej "rozrywki" nie mieli szans by wejść w jej posiadanie.

Sławny Stanisław Stadnicki zwany Diabłem Łańcuckim, gdy tylko się dowiedział, że marszałek koronny Łukasz Opaliński oddał do jednego z dworów nieletniego karła na wychowanie, natychmiast urządził tam zajazd. Opiekunów dotkniętego karłowatością dziecka poturbował, a pożądaną zabawkę uprowadzono do Łańcuta. Wkrótce karzeł stał się dumą i ulubioną rozrywką Stadnickiego. Ale Opaliński takiej zniewagi nie puścił płazem i przez lata toczył prywatną wojnę z Diabłem Łańcuckim. Zakończyła ją w 1610 r. bitwa pod Tarnawcem, w której zginął Stadnicki i pięciuset jego żołnierzy.

Taki rodzaj zabawy trudno nazwać tanim. Zresztą w owym czasie obywatele Rzeczpospolitej prowadzili prawdziwy wyścig w dziedzinie wydatków na rozrywki i cele reprezentacyjne. Nieustannie licytowano się, kto będzie miał bardziej kosztowną karetę, wspanialszy orszak. A gdy brakowało pomysłów, jak pognębić sąsiada, pozostawały jeszcze wielbłądy.

W Polsce stanowiły one rzadkość z powodu nieprzystosowania do surowego klimatu i jak zauważał Jakub Kazimierz Haur - sekretarz króla Jana III Sobieskiego: "przez lato wytrwają, a na zimę zaś nudnieją i zdychają". Trzeba więc było regularnie kupować nowe. Wielbłądy sprowadzane z Turcji chodziły w orszakach Ossolińskich i Radziwiłłów, pilnowane przez służbę, ubraną w stroje - tureckie lub perskie.

Następne stulecie przyniosło czasy saskie, kiedy co bogatszych mieszkańców Rzeczpospolitej żadne opory moralne nie powstrzymywały przed nieustannym świętowaniem. Choć niestety dawna fantazja znikła i główną rozrywką stało się nieustanne picie.

"U niektórych panów lokaje, hajducy, węgrzynkowie, chłpcy mieli rozkaz raz na zawsze podczas uczty pilnować, kto nie wypił, aby mu dolano" - relacjonuje ks. Jędrzej Kitowicz w "Opisie obyczajów" dodając, że: "Jeżeli nie wypijący kielicha swego, broniąc się od dolewki sąsiada, wniósł go w górę albo za siebie uchylił, pachołek na to czatujący sprawnie mu go dolał; jeżeli skrył go pod stół, toż samo zrobił mu siedzący pod stołem służka". I tak aż do kompletnego upicia gościa.

Zresztą nic takiej radości nie sprawiało gospodarzowi, jak to, że po uczcie wszyscy tracili przytomność: "kiedy słyszał nazajutrz od służących, jako żaden z gości trzeźwo nie odszedł, jako jeden potoczywszy się, wszystkie schody, tocząc się kłębem, przemierzył, jako drugiego zniesiono do stancji jak nieżywego, jak ów zbił sobie róg głowy o ścianę" - wspomina radośnie Kitowicz.

W takich czasach szczytem wysublimowanego gustu bywały polowania - ale nie w borach lecz na specjalnie w tym celu przygotowanych obiektach. Wojewoda wileński Karol Radziwiłł zwany "Panie Kochanku", by zaimponować królowi Augustowi III, w 1761 r. nakazał posadzić na rogatkach Warszawy w okolicach Ujazdowa las, złożony z całkiem dorodnych drzew. Następnie zbudowano tam amfiteatr dla widzów, teren ogrodzono płotem i wypuszczono sprowadzone z Litwy zwierzęta.

"Za danym z rogów i trąb myśliwskich znakiem puszczono 8 łosiów, 3 niedźwiedzie, 25 wilków, 23 dzików" - relacjonuje w kronice "Gry i zabawy różnych stanów" Łukasz Gołębiowski. Psy myśliwskie i naganiacze popędzili oszalałe ze strachu zwierzaki na amfiteatr. "Król sam 3 dziki ubił, królewicz kilkanaście sztuk zwierza, niedźwiedzia jednego wziął na oszczep" - odnotował Gołębiowski.

Ten sam Karol Radziwiłł "Panie Kochanku", chcąc olśnić kolejnego monarchę Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1784 r., na zamku w Nieświeżu urządził ucztę, na którą wydał astronomiczną kwotę dwóch milionów ówczesnych złotych polskich. Jak wspominał obecny tam Henryk Rzewuski, na stole czekały na gości m.in: "łapy niedźwiedzie z wiśniowym sokiem, ogony bobrowe z kawiorem, chrapy łosie z figatelami (mielonym mięsem wołowym z przyprawami - przyp. aut), jeże pieczone, garnirujące naroki (podroby - przyp. aut.) sarnie przysmażone z pistacjami, głowy odyńca w korzennym sosie duszone".

Kiedy więc Rzeczpospolitą rozparcelowali zaborcy, było czego żałować. Zwłaszcza, że nowe czasy narzucały dużo surowsze obyczaje.

"W drugiej połowie XIX wieku średnio zamożny kupiec, który prowadziłby zbyt wystawny tryb życia, chodził do zbyt drogich restauracji i trzymał zbyt piękny powóz, łatwo mógł się narazić na podejrzenie, że jest na drodze do bankructwa" - opisuje Ireneusz Ihnatowicz w pracy "Obyczaje wielkiej burżuazji warszawskiej w XIX w.".

Nawet po 1918 r., gdy Polacy upajali się "radością z odzyskanego śmietnika" (jak zauważył Juliusz Kaden-Bandrowski) było zbyt biednie, by móc po staropolsku hucznie i z fantazją się bawić. Zresztą przysłowiowa polska fantazja zupełnie nie przystawała już do europejskich standardów.

Dość przypomnieć, jaki kryzys dyplomatyczny wywołała w 1937 r. drobna ekstrawagancja pani Jadwigi Beck. Żona szefa MSZ płk. Józefa Becka przygotowała w prywatnym apartamencie męża śniadanie dla ministra spraw zagranicznych Francji Yvona Delbosa. A chcąc sprawić frajdę małżonkowi, starannie przystroiła stół.

"Dekoracja stołu miała być przede wszystkim niespodzianką dla męża, którego hobby były sporty wodne. Na wielkich taflach lustrzanych płynęły śliczne cacka - żaglówki.

Wśród nich, po jednej lub grupami, rozrzucone były (na niewidocznych spodeczkach z wodą) pąsowe gwiazdy kwiatu poncji" - zapisała we wspomnieniach Jadwiga Beck. Ten widok wprawił w konsternację francuskiego ministra, który uznał iż Polacy w tak brutalny sposób demonstrują ... chęć posiadania własnych kolonii.

"Chcąc od początku zwrócić uwagę na polskie ambicje użyto dość nieoczekiwanego sposobu. Na śniadaniu wydanym przez państwa Becków dla naszego ministra tylko okręty i morskie emblematy znajdowały się na stole" - napisał w raporcie przesłanym do Paryża ambasador Francji w Warszawie Leon Noël.

Polski styl świętowania może więc być niezrozumiały w Europie. Ale czy trzeba się tym przejmować? W końcu zabawa w staropolskim stylu ma swój urok.
Gorzej, że aby dotrzymać kroku innym, konieczne jest wydawanie coraz większych pieniędzy.
ForumAutorów
2

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

kurs uwodzenia

+91 / -82

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

bigbeny (gość)  •

Wiele osób uważa, iż kursy uwodzenia nie wnoszą nic nowego do życia uczestników, są jedynie sposobem na zarobienie pieniędzy, w związku z tym chciałem wyrazić moją opinię na temat kursów uwodzenia w Wyższej Szkole Uwodzenia, Wywierania Wpływu i Rozwoju Wewnętrznego. Dzięki ich poradom i wskazówkom zrozumiałem, na czym tak naprawdę polega sztuka uwodzenia, co w znacznym stopniu wpłynęło na poprawę jakości moich relacji z kobietami :) Polecam wam zatem ich kursy, są profesjonalni i godni zaufania www.wyzszaszkolauwodzenia.pl

odpowiedzi (0)

skomentuj

zabawa możnych

+75 / -74

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Dziadek (gość)  •

zatem morał wszechczasowy
wojna oto jedyna rozrywka możnych na którą chętnie zapraszana jest biedota

odpowiedzi (0)

skomentuj