Menu Region

Polityczni bossowie nie chcą zmienić ordynacji wyborczej

Polityczni bossowie nie chcą zmienić ordynacji wyborczej

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

rozmawia Anna Gwozdowska

1Komentarz Prześlij Drukuj
W głosowaniu w systemie proporcjonalnym o wynikach nie decydują wyborcy, ale politycy, którzy układają listy kandydatów - mówi dr. Jan Majchrowski, prawnik i politolog, w rozmowie z Anną Gwozdowską
Czy frekwencja w wyborach europejskich mogłaby być wyższa, gdyby w krajach Unii obowiązywała inna ordynacja wyborcza?
Na jej znaczące zwiększenie mogłoby wpłynąć wprowadzenie większościowej ordynacji wyborczej. Ludzie wolą wybierać innych ludzi, a nie tylko partie polityczne. Wybór personalny, charakterystyczny dla wyborów większościowych, jest zawsze ciekawszy. Świetnie to widać w czasie wyborów prezydenckich. Wybieranie konkretnych osób wywołuje ogromne emocje, a te sprawiają, że obywatele chętniej biorą udział w wyborach.
Gdyby wybory europejskie odbyły się według ordynacji większościowej, frekwencja byłaby wyższa. Wyborcy wolą głosować na konkretne osoby


A jakie są słabe strony ordynacji większościowej?
Zalet jest jednak więcej. Wybory większościowe oznaczają także bezpośrednią odpowiedzialność polityków, na których wskazaliśmy. Można ich w następnych wyborach rozliczyć z tego, jak nas reprezentowali. W wyborach proporcjonalnych ta odpowiedzialność się rozmywa. Ba, czasem nawet nie wiemy, kogo wybraliśmy z naszego okręgu. A wady? To, że ci którzy przegrywają w danym okręgu, nie dostają nic, a zwycięzcy dostają wszystko.

Czy dlatego polscy politycy niechętnie myślą o ordynacji większościowej?
To nie jedyny powód. System proporcjonalny, przynajmniej w wyborach do Parlamentu Europejskiego, został nam narzucony przez Unię. Ulegli nawet Brytyjczycy, którzy bardzo długo upierali się przy swoim systemie większościowym. Dopiero jeden z rządów Partii Pracy zmienił zdanie. W Polsce system proporcjonalny w wyborach do Sejmu narzuca także nasza konstytucja. Głosujemy w tym systemie już od 1991 roku, czyli od pierwszych w pełni demokratycznych wyborów.

Czy świetne wyniki Jerzego Buzka i Zbigniewa Ziobry mogą upewnić liderów politycznych, że nie warto zmieniać obecnej ordynacji wyborczej?
To możliwe. Czasami bywa też, że w wyborach większościowych nikomu nieznani działacze albo politycy z drugiego szeregu swoim wynikiem zagrażają liderom. Nie kierowałbym się jednak przykładem panów Buzka czy Ziobry, bo rezultaty wyborów proporcjonalnych nie dają się w prosty sposób przełożyć na wybory większościowe. W jednomandatowych okręgach wyborczych mogliby na przykład zwyciężyć politycy, którzy dziś nie weszli do europarlamentu, bo ich partie osiągnęły słaby wynik.

Czyli dzięki proporcjonalnemu systemowi wyborczemu liderzy polityczni mogą spać spokojnie?

Tak, bo elektorat staje przed wyborem, którego wcześniej dokonali polityczni liderzy. W tym systemie ktoś bez zaplecza politycznego nie ma najmniejszych szans. Nawet popularni prezydenci miast, których wybieramy w wyborach większościowych, nie dołączą do polityki krajowej wbrew woli partyjnych liderów. Każdy startujący w wyborach polityk w Polsce musi najpierw udać się do liderów partyjnych i prosić o dobre miejsce na partyjnej liście. Trzeba też pamiętać, że jeśli nie można liczyć na to, że dana partia przekroczy 5-procentowy próg wyborczy, to w ogóle nie ma co zawracać sobie głowy kandydowaniem. Z tych wszystkich przyczyn jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW) mogłyby zdynamizować polską scenę polityczną, przy założeniu, że każdy mógłby wystawić swoją kandydaturę.
1 3 »
1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

Jednomandatowe

+32 / -19

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Krzysztof Kowalczyk (gość)  •

„W Polsce system proporcjonalny w wyborach do Sejmu narzuca także nasza konstytucja.”

Przecież i w amerykańskiej konstytucji jest zapisane, że wybory do Izby Reprezentantów są proporcjonalne! Sprowadza się to tam do tego, że z poszczególnych stanów wybierana jest proporcjonalna do liczby wyborców w danym stanie liczba reprezentantów. Nasza konstytucja nie definiuje wykładni proporcjonalności, a co za tym idzie, nie zamyka drogi do korzystania z różnych wykładni tej zasady, przyjętych w prawodawstwie (w tym amerykańskim). Zwłaszcza, że zasada proporcjonalności odnosi się do wyborów, a nie samej ordynacji.

„Jak doszło do ustalenia obecnie obowiązującej ordynacji?”

Dobre pytanie, ale tu warto sięgnąć jeszcze dalej w przeszłość niż do roku 1993. Od Michała Pilca – działacza Ruchu na Rzecz JOW z Poznania – otrzymałem np. 5 VI br. następującą informację:

"Wczoraj w TVP Info było wielu gości. Jednym z nich był generał Wojciech Jaruzelski, który mówił, że gdyby wybory do Senatu w 1989 roku były przeprowadzone według ordynacji proporcjonalnej, to PZPR zdobyłaby około 30 mandatów.

Poza tym Rafał Ziemkiewicz powiedział, że niedobór elit w Polsce wynika ze złego sposobu ich wyłaniania. Ziemkiewicz podkreślił, że w krajach, gdzie ordynacja wyborcza do parlamentu jest większościowa w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW), elity wyłaniane są w sposób naturalny. Ziemkiewicz opowiedział się wyraźnie za zmianą ordynacji na JOW. Niestety ani prof. Roszkowski ani dr Matyja obecni w studio ani redaktor prowadząca nie podjęli dyskusji i szybko zmieniono temat."

Warto również dodać, że jak podają politolodzy irlandzcy Kenneth Benoit i Jacquline Haiden, którzy badali „na gorąco” obrady Okrągłego Stołu i rozmawiali z jego głównymi uczestnikami, choć kwestia wyboru między ordynacją proporcjonalną a większościową nie była poruszana przy Okrągłym Stole, to do Kiszczaka i Jaruzelskiego przyszli PRL-owscy konstytucjonaliści Andrzej Werblan i Stanisław Gebethner i stanowczo odradzali im ordynację większosciową! Generałowie jednak jak to generałowie, nie posłuchali do końca i postanowili zrobić eksperyment z Senatem, by przekonać się, która ordynacja będzie stanowić lepszą tratwę ratunkową dla PZPR. I jak widać z wypowiedzi Jaruzelskiego, o której pisze Michał Pilc, wyciągnęli odpowiednie wnioski.

Gdyby nie głupota komunistów, sukces wyborów 4 czerwca nie byłby tak przytłaczający, bo przy Okrągłym Stole żaden przedstawiciel opozycji nie domagał się ordynacji większościowej do Senatu! Mało tego, przy naradach w Magdalence podnoszony był postulat ordynacji proporcjonalnej, a robił to nie kto inny, jak mający kilkanaście lat później ogłosić się twórcami IV Rzeczypospolitej bracia Kaczyńscy. Kaczyńscy mieli również później istotny wpływ na kształtowanie ordynacji wyborczej, zwłaszcza jako ministrowie w kancelarii prezydenta Wałęsy, który w 1991 r. podpisał ordynację proporcjonalną. Myślę, że wpływ ich poglądów, zwłaszcza z czasu, zanim jeszcze Geremek, kierując się interesem partyjnym, nagle „zmienił poglądy” i ze zwolennika jednomandatowych okręgów wyborczych stał się zwolennikiem list partyjnych, wciąż jest niedoceniany. A przecież ordynacja wyborcza jest podstawowym rozstrzygnięciem ustrojowym! W tym sensie uważam Kaczyńskich za ojców – założycieli III Rzeczypospolitej.

„Na pewno ceną, którą trzeba by zapłacić za wprowadzenie ordynacji większościowej, byłaby mniejsza reprezentatywność.”

To kolejny mit. Ordynacja tzw. proporcjonalna doprowadziła w Polsce do sytuacji, że jak podaje „Rzeczpospolita” z 6 XII 2007 „zaledwie co czwarta obietnica legislacyjna była realizowana”: http://www.rp.pl/artykul/74609.html. Przepychanki koalicyjne, rozmycie odpowiedzialności, brak stabilnych rządów, tak charakterystyczne dla III RP – i to ma być reprezentatywność!?

„System proporcjonalny gwarantuje wielopartyjność sceny politycznej.”

A system jednomandatowy – zwłaszcza w krajach gdzie są małe okręgi – jej nie zamyka, choć porządkuje scenę polityczną. W brytyjskiej Izbie Gmin obok przedstawicieli dwóch głównych partii, stale zasiadają przedstawiciele ok. 10 innych, a nawet osoby, które startują jako niezależni. W Polsce „poseł niezależny” to wyrzutek z jakiejś partii, który najpierw musiał się do niej zapisać, by dostać miejsce na liście wyborczej.

„Moim zdaniem na wybory powinni chodzić tylko ci ludzie, którzy naprawdę chcą. Wcale sobie nie życzę, żeby o moim losie decydował współobywatel, który idzie na wybory tylko dlatego, że tak wypada i głosuje na kogoś, bo zobaczył go na plakacie.”

Trafna opinia, niestety odosobniona. Jednak w jednomandatowych okręgach wyborczych ludzie byliby (statystycznie!) bardziej zorientowani co do kandydatów, bo i okręgi byłyby ponad dziesięciokrotnie mniejsze, a co za tym idzie kampania bardziej bezpośrednia. Ponieważ mieliby świadomość, że ich głos jest „uwiązany” do konkretnego kandydata, że głosują na osobę, większą uwagę by też zwracali na to, kto „wisi” na plakacie.

Krzysztof Kowalczyk
Ruch na Rzecz JOW
(WWW.jow.pl)

odpowiedzi (0)

skomentuj