2 czerwca zaczyna się nad Wisłą festiwal "Przemiany". Będą koncerty, spektakle teatralne, ale też artyści na miejscu mają tworzyć swoją sztukę, a potem ją wystawiać. Z Agnieszką Wlazeł, dyrektor festiwalu, rozmawia Grzegorz Bruszewski
Czym są "Przemiany?
To wyjątkowy festiwal, bo trwa aż cztery miesiące. Poza tym jest tu wielu organizatorów, z których każdy ma swoje indywidualne projekty. Chodzi nam o zbudowanie społecznego zainteresowania do zagospodarowania nabrzeży Wisły. Chcemy, aby nad Wisłą oprócz bobrów i przyrody było też miejsce dla warszawiaków.
Festiwal już po cichu się zaczął. Koncerty na barce Herbatnik rozpoczęła w miniony weekend Fundacja "Ja Wisła" Przemysława Paska.
"Przemiany" zaczynają się oficjalnie 2 czerwca od spotkań z przedstawicielami środowisk twórczych, mediów i warszawskiej publiczności, na których opowiemy o festiwalu.
Fundacja Przemka Paska od lat organizuje nad Wisłą jakieś atrakcje, więc tak jest i w tym roku.
Jakie będą tegoroczne "Przemiany"?
Wpiszą się delikatnie w krajobraz imprezowy miasta. Nie należy się spodziewać masy koncertów zagranicznych wykonawców. Będą to raczej kameralne wydarzenia artystyczne, bardziej sztuka dla sztuki. Chcemy podkreślać walory przyrodnicze i estetyczne Wisły. "Przemiany" nie mają na celu zdominowania nabrzeży wiślanych.
Jaka jest główna koncepcja festiwalu?
Będziemy organizować dużo zajęć, np. warsztaty fotograficzne, podczas których fotografowie będą chodzić po nabrzeżach i robić zdjęcia. Wynikiem tego będzie wystawa, którą pokażemy nad Wisłą. Artyści audio-video też będą tworzyć swoje prace w plenerze, a potem staną one na kilka miesięcy nad rzeką. Będą też warsztaty dla młodych grafików. Ale największym wydarzeniem "Przemian" ma być festiwal "Wisłostrada", od 19 do 21 czerwca.
Dużo w "Przemianach" mówi się o działaniach prowiślanych. Co to znaczy?
Ja jestem też członkiem organizacji River Cities, skupiającej ludzi zaangażowanych w rozwój miast nad rzekami. Przyglądamy się ich działaniom. Często nie jest to coś, czego chcieliby sami mieszkańcy tych miast. Dlatego my animujemy tych, którzy chcą coś zrobić nad Wisłą. Zamierzamy stworzyć lobby prowiślane.
Czym by się ono zajmowało?
Chcielibyśmy mieć wpływ na urzędników. Żeby np. robili trochę inne konsultacje. Po-winny być konsultacje z różnymi grupami społecznymi. Wtedy się okaże np., jaką wizję nabrzeży Wisły mają artyści.
Temu mają służyć Future City Games?
Tak. Będą to kilkudniowe warsztaty terenowe, podczas których spotkają się planiści, psychologowie miasta i np. studenci. Nie będzie to konkurs architektoniczny. Warsztaty skupią się bardziej na funkcjach społecznych: chodzi o to, aby w przyszłości przestrzeń miejska nad Wisłą była lepsza. Żeby warszawskie bulwary były artystyczne, a nie wyglądały jak parkingi.
Jako członek River Cities ma Pani faworyta wśród europejskich miast, które najlepiej zagospodarowały nabrzeża?
Nie ma miast idealnych. Rozwój takich terenów wymaga nie jednego czy dwóch sezonów, ale wielu lat. Organizując jeden duży festiwal, Warszawa nabrzeży nie zmieni. Mamy jednak nadzieję, że do 2016 roku, w którym nasze miasto ubiega się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, to się zmieni. Oczywiście jest Londyn, który możemy brać za przykład. Umieszczenie galerii Tate w miejscu starej fabryki jest świetnym zorganizowaniem przestrzeni miejskiej. Są jednak ludzie, którzy walczą, aby całe londyńskie nabrzeża nie zostały zabetonowane. Chcą, aby zachować ostatnie dzikie plaże. Dzięki temu, że na nie ktoś wciąż przychodzi, władze dostają sygnał, że nie mogą ich ot tak sobie zabetonować.
A Berlin?
Tam jest już więcej mostów niż w Wenecji. Berlińczycy mają za to inny problem. Walczą z wielkimi korporacjami, które na nabrzeżach chcą umieścić swe siedziby. Wywołało to niezadowolenie mieszkańców. Rada miasta i burmistrz Berlina zorganizowali w tej sprawie referendum. Efekt? Nie ma na to społecznej zgody.