W NBA Marcin Gortat przestaje być w cieniu

    W NBA Marcin Gortat przestaje być w cieniu

    Zdjęcie autora materiału

    Polska

    Z Marcinem Gortatem, koszykarzem Orlando Magic, rozmawia Marek Kondraciuk


    Wierzy Pan we wróżby z gwiazd? Przecież obchodzi Pan urodziny tego samego dnia co Michael Jordan.
    Dowiedziałem się o tym dopiero rok temu. Kiedy zacząłem grać w koszykówkę, to nie miałem zielonego pojęcia, kiedy urodził się Jordan. Nigdy też go nie widziałem, nie uścisnąłem mu ręki. Nie pomógł mi więc w karierze. Zbieżność urodzin traktuję rzeczywiście tylko jako wskazówkę z gwiazd.

    Kiedy rozmawialiśmy rok temu, przed wyjazdem do USA nie miał Pan obaw. Czy spodziewał się Pan, że pierwszy sezon w NBA okaże się tak dobry?
    A skąd! Kilka dni przed play-off jeden z dziennikarzy zapytał mnie, czy będę w dwunastce na play-off. Odpowiedziałem: nie ma takiej możliwości. Nagle, kilka godzin przed końcem sezonu zasadniczego, dostałem telefon, że będę występował i to dłużej, bo Dwight Howard musi odpocząć. Udało mi się zagrać bardzo dobry mecz z Wizzards i myślę, że dzięki temu trener uwierzył we mnie.

    Jednak aż 60 spotkań spędził Pan na trybunach lub ławce zawodników rezerwowych...

    Na pewno była frustracja, jakiś taki żal, że w innych drużynach biegają po parkiecie koszykarze, którzy w lidze letniej byli słabsi ode mnie, nad którymi dominowałem pod koszem. Ja siedziałem w drugim rzędzie, w garniturze i uśmiechałem się, że niby wszystko jest OK, a inni grali po 20 minut. Nie było to łatwe do zaakceptowania. To banał, ale myślę, że zaprocentowała ciężka praca i to, że się nie poddałem. Dużo znaczyła dla mnie pomoc najbliższych, którzy mówili rób swoje, a twój czas przyjdzie. W końcu udało mi się przebić. W nowy sezon patrzę z optymizmem. Moja pozycja w zespole będzie już znacznie lepsza.

    W których elementach dorównuje Pan środkowym z NBA?
    Przede wszystkim szybkościowo. Myślę, że w tej chwili nie znajdzie się wielu zawodników, którzy są tak szybcy i zwinni jak ja. A jeśli chodzi o inne elementy, to muszę jeszcze dużo trenować. Myślę, że jest kwestią czasu, kiedy przyjdzie postęp, jeśli chodzi o rzut, grę pod koszem, podanie, stawianie zasłon, mentalne przygotowanie do meczu, rozumienie taktyki i wszystkich rotacji w zespole.

    Jak by Pan porównał funkcjonowanie drużyny w Bundeslidze i w NBA?
    Nieporozumieniem jest porównywanie tych dwóch światów. W Orlando Magic mamy 150 osób, które pracują w klubie dla 15 zawodników. Na górze jest menedżer mający trzech asystentów, dalej trener, który ma czterech doradców, jest też trener od pływania, od boksu, od lekkoatletyki, od siłowni i myślę, że pewnie nawet jest specjalista od przebierania. Pracuje tam wiele osób, których zadaniem jest opieka nad każdym zawodnikiem, nad organizacją. To przepaść w porównaniu z Europą.

    Po co koszykarzom boks?
    Mamy regularne zajęcia z boksu. Chodzi o to, by uaktywnić te partie mięśni, które na co dzień nie pracują w koszykówce. Niektórym zawodnikom boks daje szansę pobudzenia się, żeby stali się bardziej agresywni, a inni żeby dali upust agresji, bowiem mają jej za dużo.

    Jest Pan synem medalisty olimpijskiego w boksie. Tradycje rodzinne pomagają w treningach na ringu?
    Idzie mi na pewno lepiej niż innym. Myślę, że paru chłopaków mógłbym sporo tu nauczyć, ale przecież nie o to chodzi.

    Mistrzostwa Europy 2009 w Polsce to wyzwanie?
    Zdecydowanie tak, to mój cel. Myślę, że pojawię się w reprezentacji w tym roku i to ułatwi mi drogę do drużyny na mistrzostwa. Marzę o medalu. Jaki to będzie kolor? Nie wiem, oby złoty. Jednak, żeby był złoty medal, to wielu ludzi musi ciężko pracować, ja także. Samo to, że zawodnik NBA pojawia się w takiej imprezie, nakłada na mnie większą odpowiedzialność. Muszę być tym, który będzie ciągnął grę.

    Jest Pan rozpoznawalny w kraju?
    Oj tak, teraz już tak. Staram się nie spacerować po Piotrkowskiej. Poruszam się autem, a raczej zamykam się w nim. Popularność jest miła, daje mi dużo energii, ale nie zawsze to stwarza komfortowe sytuacje. Ludzie zatrzymują mnie na skrzyżowaniach, podchodzą, pukają w szybę, proszą o autograf, nie przejmują się, że już jest zielone światło i powstaje uliczny korek. Popularność jest też motorem działania. Są chwilę zniechęcenia i wtedy myśli się o osobach, dla których się gra. Wierzą we mnie, są dumni, że Polak występuje w NBA. To impuls do tego, by promować polską koszykówkę i moją ukochaną Łódź.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo