Kot wyparł psa i jest już w co trzecim polskim domu. Myli się ten, kto sądzi, że statystyki podbijają mieszkańcy wsi, trzymający na podwórzach stada myszołapów. Bo najwięcej kotów jest w wielkich miastach, z Warszawą na czele - przekonują Karolina Kowalska i Paulina Zakrzewska
Kot w mieszkaniu to symbol życia nowoczesnego mieszkańca miasta: zabieganego, zapracowanego singla dzielącego każdy dzień i każdą noc ze zwierzęciem, którego nie trzeba wyprowadzać na spacer, czyli z kotem.
W Nowym Jorku, mieście pracoholików, kot wygląda niemal z każdego okna kamienic na Brooklynie, Queensie czy Manhattanie. Nowojorczycy doceniają towarzystwo rozumnego, niekłopotliwego zwierzęcia, które za puszkę karmy i czystą kuwetę okazuje bezgraniczne, choć z umiarem dawkowane, przywiązanie.
Również w Warszawie koty powoli wypierają psy, z którymi trzeba wychodzić i nie można zostawić na kilkanaście godzin w pustym mieszkaniu. Na gospodarstwo domowe przypada średnio jeden kot, ale coraz więcej osób poprawia tę statystykę.
Nadkomisarz Krzysztof Hajdas, naczelnik wydziału prasowego Komendy Głównej Policji, w trzypokojowym żoliborskim mieszkaniu trzyma cztery. Mietka, Benka, Misię i Filipa znosiła po kolei jego 15-letnia córka Kasia, a on nie miał serca odmówić. Dziś zmienia piasek w trzech kuwetach i bardzo sobie ceni mruczące towarzystwo.
Na Kabatach kot na smyczy nie dziwi
Ewelina Wajs-Baryła, graficzka, nie wyobraża sobie domu bez ukochanych persów. Dlatego z rodzinnego Rybnika do stolicy przeniosła się z 7-letnim Cezarem i 2-letnim Jackusiem. Konieczność rozczesywania ich długiej sierści czy ciągłe przemywanie z natury łzawiących persich oczu to dla niej żaden kłopot. Chciałaby za to mieć więcej czasu na spacery z Cezarem, który grzecznie daje się prowadzić na smyczy. Mniej śmiały Jack smycz ma zakładaną tylko w ogrodzie (pani boi się puszczać koty samopas). Widok persów na smyczy na Kabatach wzbudza entuzjazm, ale nie sensację. Kot jest tu prawie w każdym domu.
Lekarz weterynarii Robert Żurawski w ursynowskiej przychodni Maxi-Wet przyjmuje coraz więcej kocich pacjentów.
- Kiedyś przychodziło więcej psów, teraz proporcje się wyrównały. W mojej 12-letniej karierze weterynaryjnej nigdy nie miałem jeszcze tylu kocich pacjentów. I tylu rodowodowych. To dobrze, bo jest coś takiego w mentalności ludzkiej, że bardziej dbają o zwierzęta, za które zapłacili dużo pieniędzy. No i żeby uzyskać wstążeczkę z wystawy kotów, trzeba naprawdę zadbać o zwierzę - tłumaczy doktor Żurawski, właściciel sfinksa Zgredka i kota rosyjskiego niebieskiego Borysa.
Poza tym kotów rasowych nikt bez sensu nie rozmnaża, a mioty rodowodowych kociąt zazwyczaj szybko znajdują nowy dom. - Właściciele rasowców nie powiększają więc populacji bezdomnych kotów - zauważa lekarz.
To właściciele kotów z rodowodem generują, na razie, największe zyski internetowych sklepów z artykułami dla zwierząt, w których kupić można wszystko, od plastikowej osłonki na kable elektryczne, przez "narożne spa dla kota z kocimiętką", aż po dyfuzor kocich feromonów policzkowych łagodzących koci stres. Joanna Iracka, weterynarz i psycholog zwierzęcy, zaleca feromony w przypadkach nerwowego zasikiwania mieszkania czy ciągłych walk z drugim kotem. Warszawscy kociarze zgłaszają się do niej najczęściej z poważnymi problemami, kiedy zawiodą inne metody. Nie spotkała się jeszcze z przypadkiem kota posyłanego na "psychoterapię" dla kaprysu właściciela.
Kocyki i hamak w kocim sklepie
Daleko nam jeszcze do Amerykanów, którzy utożsamiają się z kotami do tego stopnia, że stworzyli telewizję Meow TV nadającą programy o skaczących wiewiórkach, a swoich pupili żywią owocami morza w otwartej przy Piątej Alei kawiarni dla kotów Meow Mix Cafe. Ale nad Wisłą powstają już kliniki, sklepy, salony, a nawet hotele, przeznaczone tylko dla kotów.
W Blue Cat, pierwszym w stolicy "kocim" sklepie, otwartym w grudniu przy ul. Wąwozowej na Kabatach, z tygodnia na tydzień przybywa klientów. Kociarze reagują entuzjastycznie na miejsce, w którym oprócz każdego rodzaju karmy mogą znaleźć dotąd niedostępne w Polsce kocie szelki Lupine z dożywotnią gwarancją, elektryczne poidełka, gigantyczne kuwety dla dużych ras, a nawet... hamak dla kota.
Pani Anna o własnym sklepie zaczęła myśleć, odkąd została właścicielką rosyjskiego niebieskiego Cyryla. W sklepach dla zwierząt nigdy nie mogła znaleźć tego, o co jej chodziło - produkty dla kotów chowały się między workami z psią karmą, a żwirki przykrywała ściółka dla chomików. Drażnił wszechobecny zapach karmy.
- Zamarzyłam o miejscu, w którym właściciele kotów będą mogli znaleźć wszystko dla swoich pupili, a towary będą odpowiednio wyeksponowane - opowiada pani Anna.
Marzenie spełniła - w Blue Cacie jest przestronnie, kolorowo i bezwonnie, a właściciele kotów mogą wybierać z kilkunastu rodzajów kuwet, kanap i kocyków. A co nie zmieści się w sklepie - zostanie zamówione z katalogów światowych firm specjalizujących się w produktach dla zwierząt.
Ostatnio świetnie sprzedają się sprowadzane z Włoch drapaki, mocowane od sufitu do podłogi - rodzaj domowego toru przeszkód z domkami i podestami, które pozwalają odizolować się od otoczenia i spojrzeć na świat z góry. Bo na właściciela kot patrzy z góry nawet z podłogi - taka osobnicza umiejętność.
Rekord popularności pobił też tunel do zabawy. Pewna pani kupiła dwa, a potem wróciła po kolejne cztery, dla przyjaciółek, które mają koty. I choć reklamy Blue Cata nie zobaczymy nawet w lokalnej prasie, wieść o sklepie błyskawicznie rozchodzi się pocztą pantoflową. Informacje o nim kociarze przekazują sobie na forum Miau.pl, podczas wystaw, w poczekalniach weterynaryjnych.
Coraz więcej gości melduje się w Hotelu dla kotów, prowadzonym od trzech lat przez małżeństwo weterynarzy Elżbietę i Wojciecha Janiszewskich na Zielonym Ursynowie. Właściciel może wybrać między jedynką wielkości 10 mkw., z drzwiami i oknem lub większą dwójką dla kocich rodzin.
Wyjeżdżając na urlop, właściciel może liczyć na to, że jego ulubieniec trafi do hotelu równie luksusowego, co opłacone przez niego pięciogwiazdkowe lokum w Egipcie czy na Dominikanie. Każdy pokoik wyposażony jest w kuwetę, zabawki, miseczki z jedzeniem i drapaki, po których kot może do woli się wspinać. Jest też kocia świetlica, gdzie może się bawić z innymi kotami. Właściciel kota może zamówić dla niego indywidualne menu, złożone z najwymyślniejszych frykasów.
- Działamy dopiero od trzech lat, więc frekwencja nie oszałamia, ale klientów wciąż przybywa. Ludzie zostawiają koty na kilka dni, czasem nawet tygodni, zależnie od długości urlopu. Są spokojni o zwierzaka, zwłaszcza że hotel sąsiaduje z kliniką weterynaryjną - mówi doktor Janiszewski.
Ale warszawska miłość do kotów bywa też globalna.
Kochamy także "dzikusy"
miasto sponsoruje karmę dla 30 tysięcy bezdomnych kotów, współpracując z dwoma tysiącami dokarmiaczy. Zarejestrowany w dzielnicowym Wydziale Ochrony Środowiska karmiciel dostaje pokarm i talony na zabiegi weterynaryjne (kastracja, sterylizacja, ale też odrobaczania, odpchlenia, szczepienia przeciw wściekliźnie).
Współcześni karmiciele każą zerwać ze stereotypem kociej babci - samotnej starszej kobiety, która pod śmietnikiem wystawia puszki z resztkami z obiadu. Coraz częściej dokarmiają młodzi i zamożni.
- Miejskie koty na zabieg dowożą nam zadbane kobiety w samochodach wysokiej klasy. Ostatnio był właściciel warsztatu samochodowego, który dokarmia kręcącego się tam kota. Nawet, jak facet widzi, że koty się nagle mnożą w oczach, chce temu przeciwdziałać i kontaktuje się z nami - opowiada Anna Wypych, opiekunka 16 kotów, czterech psów i właścicielka Koterii, pierwszej kliniki weterynaryjnej dla kotów.
Dzisiejsi karmiciele nie doświadczają już ostracyzmu, jaki był udziałem Barbary Bowczas z Muranowa, od 12 lat opiekującej się "dziczkami" z piwnic w okolicach ul. Stawki, Anielewicza i Dubois.
- Szłam do kotów, a z okien bloków grozili, że mnie pomyjami obleją. Ale zawsze dbałam o czystość, sprzątałam miseczki, a zdarzało się, że oczyściłam podwórko z puszek. I oswoiłam sąsiadów, tak jak te koty - opowiada pani Barbara, właścicielka dwóch kotów domowych i 12 na podwórku.
Choć jest zarejestrowaną karmicielką, w dożywianie muranowskiej ferajny inwestuje lwią część własnych dochodów. Miasto pomaga bowiem symbolicznie. - Dostaję osiem puszek mokrego na rok. Co to jest dla tych kotów?! Dobrze, że dorabiam do emerytury, bo byłoby ciężko - wzdycha pani Barbara.
Cieszy ją, że zmienia się podejście warszawiaków do kotów. - Kiedyś mówili o nich "dzikie". Teraz mówią "miejskie". I bardzo dobrze, bo koty są niezbędnym elementem naszego społeczeństwa - uważa.
Jej najbliższe plany to wyłapanie pozostałych niewykastrowanych podopiecznych. Po pomoc zgłosi się do ludzi z Koterii, doświadczonych w łapaniu piwnicznych mruczków.
Bezdomny, ale "wypasiony"
Otwarta w lutym Koteria to pierwsza darmowa lecznica dla bezdomnych kotów.
- Najważniejsze to zmniejszyć populację miejskich kotów, bo zbyt duża liczba na jednym terenie grozi chorobami i ciągłymi walkami o teren, o kotkę - wyjaśnia Anna Wypych.
Fundusze na lecznicę Fundacja Argos dostała w spadku od zmarłej 18 października 2008 r. fizyk jądrowej prof. Zofii Nowak. Naukowiec i miłośniczka zwierząt przepisała na fundację oszczędności życia i dom w Falenicy. Umarła bezpotomnie, zostawiając dwa psy i dziewięć kotów, które odziedziczyła po niej szefowa Koterii.
Lecznica pochłania morze pieniędzy. Czynsz za 160-metrowy lokal to 5 tys.
zł. Do tego środki czystości, karma, prąd, woda. Razem - 20 tys. zł miesięcznie. Dlatego na stałe zatrudniona jest na razie tylko jedna lekarz weterynarii - Iwona Kłucińska-Petschl, która miesięcznie wykonuje 125 zabiegów sterylizacji i kastracji.
Na szczęście pomagają wolontariusze. Obecnie jest ich 15. To oni pomagają karmicielkom łapać kotki na zabiegi, a później przywożą je do lecznicy. - W nagłych przypadkach wystarczy do nich zadzwonić i poprosić o pomoc, zawsze przyjadą - chwali pomocników Anna Wypych. Od lutego do 26 kwietnia w Koterii wykonano 215 zabiegów. Każdy opisany został na stronie www.koteria.org.pl.
W Koterii jest 35 klatek, podczas naszej niedzielnej wizyty w klatkach było 28 kotów. Niektóre czekały na zabiegi, inne były już po - przechodziły rekonwalescencję. Kotki odpoczywają po zabiegu tydzień, kocury zaledwie dwa dni.
Anna Wypych liczy na pomoc sympatyków. - Najbardziej potrzebne w lecznicy są gazety, którymi ścielemy klatki. Idzie ich cała sterta. W ciągłym użyciu są tez kocyki, najlepiej polarowe. Zapewniają kotom dostateczne ogrzanie po zabiegach. Przydają się też ścinki z polarów, które przekazujemy karmicielkom do wyłożenia budek dla mruczków - tłumaczy.
Głównym celem Koterii jest zmiana wizerunku kota w oczach warszawiaków: - Panuje przekonanie, że bezdomny kot śmierdzi, sika wszędzie i jest brzydki. My chcemy, aby był kotem "wypasionym" - zadbanym, lśniących i zdrowym - uśmiecha się Anna Wypych.
Spod dachu Koterii wychodzą koty wyleczone, które nie będą się rozmnażać i tworzyć zbędnej liczby niechcianych kotów. - Moim marzeniem jest, aby na kota trzeba było czekać, a nie przygarniać go z litości - zapewnia Anna Wypych.
Być może Warszawa pójdzie w ślady Nowego Jorku, gdzie nawet bezdomnego kota nie oddaje się byle komu. Kandydatów na adopcyjnych rodziców sprawdza się tam równie dokładnie, co starających się o opiekę nad dzieckiem. A procedura trwa nawet kilka tygodni.
W Polsce umowy adopcyjne już są. Brak tylko tamtejszego surowego prawa egzekwującego ich przestrzeganie. No i adopcji w sklepach zoologicznych. W USA bezdomne koty czekają na nowych właścicieli w sklepach. Zachęcają do adopcji błagalnym spojrzeniem wielkich oczu. U nas, by kota przygarnąć, wciąż jeszcze trzeba pofatygować się do prywatnego przytułku lub schroniska.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.