To chyba najdłuższy dokument, jaki nakręcono kiedykolwiek o głowie państwa. Kamera towarzyszyła bowiem życiu Václava Havla przez kilkanaście lat, od chwili, gdy w 1992 roku, po aksamitnej rewolucji, został prezydentem Republiki Czeskiej, aż do jego politycznej emerytury. W 2003 roku oddał prezydencki fotel zagorzałemu wrogowi Václavowi Klausowi, ale w "Obywatelu Havlu" zobaczymy też zdjęcia sławnego Czecha już jako eksprezydenta.
Statystyka filmu też wypada imponująco. Jego twórcy: Miroslav Janek i Pavel Koutecký (zmarł w 2006 roku w trakcie montażu dokumentu, a jego miejsce zajął Miroslav Janek), dokonali gigantycznego wyczynu i z setek nakręconych godzin wykroili ich najpierw 45, z czego dla widzów pozostało ostatecznie 119 minut. Dlatego w efekcie dostajemy skondensowany konterfekt 73-letniego męża stanu, który już za życia znalazł się wśród legend polityki.
Na pomysł sportretowania prezydenckiej epoki Havla kamerą wpadł Koutecký, gdy w 1989 roku leżał w szpitalu ze złamaną nogą. W wywiadzie z 2006 roku przyznawał, że Havel zachowywał się przy ekipie bardzo naturalnie, czasami nie krył zmęczenia i tylko raz wyprosił filmowców z pokoju, bo akurat przyjechali rozgorączkowani działacze opozycji parlamentarnej. Dodajmy, że równie naturalnie zachowywały się przed kamerą jego dwie żony: Olga (zmarła w 1996) i druga - Dagmara.
Oglądamy więc Václava Havla z kilku perspektyw. Głównie w wydaniu oficjalnym: konferującego z nadwełtawskimi politykami i przyjmującego głowy innych państw, m.in. Jacques'a Chiraca czy Madeleine Albright. Najbarwniej wygląda jego spotkanie z Billem Clintonem, który na chwilę zapomniał, że jest prezydentem mocarstwa i zagrał dla Czecha na saksofonie w knajpie Reduta. Oczywiście nie obeszło się także bez kilku kufli piwa. Havel nieoficjalny jest bowiem równie ciekawy jak ubrany w dyplomatyczny protokół. Aby się o tym przekonać, wystarczy obejrzeć, jak gwarzy sobie o muzyce z wokalistą Rolling Stones Mickiem Jaggerem lub gdy podejmuje Lou Reeda, który wpadł akurat na Hradczany pogadać od serca o swojej depresji.
Ale co tu dużo gadać, zawsze jest to polityk z klasą, który podjął się przecież ciężkiego zadania przeprowadzenia rodaków od komunizmu do demokracji. A przy tym próbującego zachować równowagę między światem wielkiej polityki a swoim życiem osobistym. Co zresztą Czesi docenili, kreując prezydenta na narodowy symbol, a jego wąsik za najseksowniejszy atrybut prezydenckiej władzy.
Gdy więc śledzimy na ekranie zamyślonego, zgnębionego chorobą Havla, spacerującego po gabinecie, przypomnijmy sobie, że nim został głową państwa, z powodzeniem parał się rzeczami o niebo przyjemniejszymi niż polityka. Po flircie z prezydenturą wrócił do literatury, pisania esejów i sztuk teatralnych. Ostatnia jego sztuka "Odejścia" nosi oficjalną datę powstania: 2007 rok. Co świadczy, że ten wyjątkowo przyzwoity człowiek znów robi to, co najbardziej lubi.
Co powinno cieszyć także nas, widzów, którzy wybierzemy się do kina na "Obywatela Havla". Zwłaszcza że Jankowi i Kouteckiemu udało się nasączyć ten dokument sporą dawką sympatii.
W imieniu dziennika "Polska" życzymy wam zatem miłego filmowego spotkania z czeskim prezydentem.