(© Sławomir Seidler/POLSKA)
Marcin Kostaszuk Marek Zaradniak
2009-04-21 23:03:19, aktualizacja: 2009-04-21 23:20:05
Już dziś z dziennikiem "Polska" wyjątkowa płyta z nieznanymi arcydziełami giganta polskiego jazzu. Posłuchaj odnalezionych nagrań Krzysztofa Komedy.
Dwie pomarańczowe tekturowe koperty na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniały wśród setek innych zgromadzonych w poznańskim archiwum Polskiego Radia. Na wszystkich ten sam napis i znaczek firmy Agfa. W środku kilometry brązowej taśmy - kruchej, ale wytrzymałej. Nie można jej odtworzyć na typowym magnetofonie szpulowym - w mig starłaby głowicę. Z drugiej strony nie ma pewności, czy pierwsze po latach nawleczenie na profesjonalny magnetofon nie zakończy jej żywota. W takich właśnie kopertach odnaleziono nieznane dotąd nagrania Krzysztofa Komedy z lat 1956-1957, których już dziś możecie posłuchać na płycie dołączonej do "Polski".
Na początku tej historii były jednak nie taśmy, lecz... zdjęcie. Komeda siedzi skupiony przyfortepianie, otoczony przez muzyków, których sam wybrał do swojego wymarzonego zespołu. Wokół widać mikrofony - a więc studio. A jeśli studio - to radiowe, bo w 1956 r. prywatnych po prostu nie było. - Na początku była tylko intuicja. Wiedziałem, że Komeda w 1956 r. mieszkał i pracował w Poznaniu, zachowała się też jego fotografia z zespołem w poznańskiej rozgłośni Polskiego Radia.
Co oni tam robili? Czy tylko odbywali próby? Należało założyć, że ktoś mógł coś przy okazji nagrać. Z tą myślą zwróciłem się do Grażyny Wrońskiej z Radia Merkury i na naszą prośbę red. Ryszard Gloger rozpoczął poszukiwania w archiwum Polskiego Radia - wspomina biograf artysty, prof. Marek Hendrykowski.
Po olbrzymim sukcesie sekstetu Komedy na festiwalu w Sopocie w 1956 r. wydało mu się nieprawdopodobne, by poznańscy radiowcy nie skorzystali z okazji zarejestrowania choćby rozmowy z pionierem nowego jazzu. Faktycznie, najpierw odnalazły się nagrania z wywiadem, ale potem pojawiło się coś jeszcze. - Pewnego dnia zadzwonił telefon i chwilę później zobaczyłem w ręku Ryszarda Glogera dwa pudełka z taśmami. Odczytaliśmy sporządzony na nich odręcznie spis zawartości i już wiedzieliśmy, że nam się udało - mówi prof. Hendrykowski.
Odnalezione nagrania pochodzą z kilku sesji odbytych w poznańskim studiu na przełomie 1956 i 1957 r. Dwa utwory zarejestrowano 11 listopada 1956 r., dwa kolejne 20 lutego 1957 r. Kolejny nagrano 9 maja, dwa 18 czerwca i ostatni 23 września 1957 r. Czyli w sumie osiem kompozycji - w większości w opracowaniu samego Krzysztofa Komedy, choć przy jednej współpracował także Jerzy Milian. W skład uczestniczącego w nagraniach sekstetu wchodzili oprócz lidera: Stanisław Pludra (saksofon altowy), Jan Ptaszyn Wróblewski (saksofon barytonowy i klarnet), Jan Zylber (perkusja), Józef Stolarz (kontrabas) oraz grający na wibrafonie Milian. Dodatkowo w utworze "Continental" brał też udział puzonista Zdzisław Brzeszczyński.
Niestety w opisie nie umieszczono nazwisk realizatorów, ale można zakładać z dużą dozą prawdopodobieństwa, że byli to Zenon Andrzejewski albo Jerzy Geisler. - Takie odkrycie to dla nas potwierdzenie, że archiwa publicznego radia zawierają wiele cennych zapisów dźwiękowych: czy będą to nagrania Komedy, czy zapis procesów poznańskich, których nie ma nigdzie indziej - uważa Piotr Frydryszek, prezes Radia Merkury, w którego archiwum taśmy spoczywały od momentu powstania, a więc ponad 50 lat.
Na płycie zarejestrowane są przede wszystkim standardy jazzowe. - W tamtym czasie często zdarzało się, że muzycy nagrywali standardy. Oni się po prostu uczyli jazzu. Słuchali zdobytych różnymi metodami płyt i potrafili odnaleźć się w tej muzyce - podkreśla Ryszard Gloger. - Komeda był pod silnym wpływem cool jazzu i bebopu, więc jego gra była chłodna, intelektualna, ale z drugiej strony słowiańsko melodyjna. Było w niej dużo liryzmu, którego nie było w ówczesnym jazzie amerykańskim - zauważa odkrywca poznańskich nagrań i zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt, który może zaskoczyć słuchaczy.
Otóż ani Komeda, ani Jerzy Milian nie byli muzykami po konserwatoriach, a jednak mieli słabość do klasyki i fascynowało ich łączenie jazzu z muzyką poważną. - Prawdopodobnie słyszeli, że jazz wdziera się też do filharmonii, czego przykładem były programy "Jazz at the Philharmony" w USA, a u nas działalność Leopolda Tyrmanda i Romana Waschki - uważa Gloger.
Osiem odnalezionych kawałków to wyraźne świadectwo fascynacji jazzem made in USA. Jednak fascynacja ta nie wyraża się bynajmniej poprzez dosłowne kopiowanie cudzych pomysłów. - Na taśmach zachowane są nie tylko najwcześniejsze nagrania studyjne Komedy, ale też jego początki jako kompozytora. Nie wszyscy wiedzą, że on dopiero wtedy zaczynał tworzyć, sposobił się do pisania własnej muzyki. Te nagrania to jednak przede wszystkim fantastyczny przykład sztuki aranżowania. Artysta instrumentalizuje, przerabia po swojemu znane standardy jazzowe. Dzisiaj widać, że to jest jego laboratorium i tam, na Berwińskiego 5 w Poznaniu, zaczyna się wielki Krzysztof Komeda - przekonuje prof. Marek Hendrykowski.
O tym, że znalezisko nie powinno być rarytasem jedynie dla garstki wtajemniczonych, zadecydowali najpierw szefowie Radia Merkury i "Polski Głosu Wielkopolskiego". Zapewnieni o jego wartości przez znawców dokonań Komedy, podjęli decyzję: trzeba to wydać! Ale do tego droga była jeszcze daleka. I tu pomocy udzieliło Stowarzyszenie Miłośników Twórczości Krzysztofa Komedy "Astigmatic", które podjęło się rozmów ze spadkobiercami artysty. Jak wspomina prezes stowarzyszenia Patryk Piłasiewicz, początki nie były łatwe: w przeszłości kilkakrotnie zdarzało się, że płyty z utworami Komedy ukazywały się nie tylko bez zgody spadkobierców, ale wręcz przy ich zdecydowanym sprzeciwie.
- Przekonaliśmy żonę artysty Zofię Komedową-Trzcińską oraz jego siostrę Irenę Orłowską, żeby zobaczyły nasz projekt nie w kontekście produktu stworzonego dla zysku, ale jako ślad pamięci, który twórczo wpłynie na tożsamość wszystkich zafascynowanych artystyczną wrażliwością Komedy. Przede wszystkim nie chcieliśmy odebrać Komedy jego najbliższym, a im zależy głównie na pozostawieniu po nim trwałych pamiątek - uważa Piłasiewicz.
Ale wyjaśnienie kwestii prawnych to nie wszystko: pozostała jeszcze techniczna obróbka nagrań. - Cały problem w tym, że nagrania muszą pozostać naturalne. Nie jest problemem je "wyczyścić". Musiałem wziąć pod uwagę, że współczesne nagrania są głośniejsze od tych dawniejszych. W związku z tym należało podnieść im głośność. A to nie taka prosta sprawa, bo odznaczają się one bardzo dużą dynamiką. I właśnie ze względu na tę dynamikę nie można po prostu suwakiem podnieść ich głośności, bo wtedy najgłośniejsze fragmenty osiągną taki poziom, że żaden sprzęt nie przeniesie dźwięku bez przesterowania. W związku z tym sygnał trzeba odpowiednio obrobić. Stosuje się do tego techniki kompresji dźwięku i limitacji - opowiada Joachim Krukowski, którego żmudna praca przywróciła nagraniom dawny blask.
Prawie godzina niepublikowanej muzyki sekstetu Komedy to fantastyczny prezent dla wielbicieli artysty, do dziś niepogodzonych z jego przedwczesną śmiercią. Jutro mija dokładnie 40 lat od tego nieszczęśliwego wydarzenia. Odnalezione nagrania są dowodem, że po muzyku nie pozostała jedynie sensacyjna legenda, ale przede wszystkim wspaniała muzyka, która uparcie opiera się upływowi czasu.
R.E.M. Live (2 CD + DVD), Warner Music Poland,cena 88,50 zł