Menu Region

Piesiewicz: Czy Macierewicz zdawał sobie sprawę, że wykolei...

Piesiewicz: Czy Macierewicz zdawał sobie sprawę, że wykolei lustrację? Stałem murem za Olszewskim

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Rozmawiał Michał Komar

1Komentarz Prześlij Drukuj
Piesiewicz: Czy Macierewicz zdawał sobie sprawę, że wykolei lustrację? Stałem murem za Olszewskim Piesiewicz: Czy Macierewicz zdawał sobie sprawę, że wykolei lustrację? Stałem murem za Olszewskim
- Lista Macierewicza otwierała drogę do dzikiej lustracji, która przez brak legitymacji prawnej, przez brak wiarygodnego stwierdzenia: kto i co robił, gdzie był, krzywdziła wielu ludzi, zaprzeczała potrzebie moralnej i sprawiedliwym zasadom - mówi Krzysztof Piesiewicz w rozmowie z Michałem Komarem. Oto fragment wywiadu rzeki pt. "Skandalu nie będzie".
Fragment wywiadu rzeki pt. "Skandalu nie będzie". Z Krzysztofem Piesiewiczem rozmawiał Michał Komar

(...)

Latem 1991 roku zająłeś się polityką.
Działalnością publiczną.

Jak to się stało?
Zadzwonił do mnie Piotr Wójcik, w czasie wyborów czerwcowych będący w grupie osób, które prowadziły kampanię wyborczą Jacka Kuronia, rok potem jeden z założycieli Porozumienia Centrum. Zaprosił mnie na spotkanie z braćmi Kaczyńskimi w sprawie nadchodzących wyborów.

Mówisz o Porozumieniu Obywatelskim Centrum – koalicji wyborczej złożonej z PC, komitetów Obywatelskich i Polskiego Forum Ludowo--Chrześcijańskiego „Ojcowizna”.

Poszedłem do siedziby POC na pl. Unii Lubelskiej. Stoję w krętym korytarzu i nagle słyszę tup-tup, jakby szło kilkanaście osób, wychylam głowę za róg, widzę dziarsko maszerujących dwóch Kaczyńskich i nikogo więcej.

Znałeś ich przedtem?
Nie, ale uważnie wsłuchiwałem się w ich wystąpienia. To były przenikliwe poglądy na temat państwa, jego zadań i organizacji, dokonywane z perspektywy politycznego centrum. Takiego centrum, któremu blisko do zasad praktykowanych przez europejskie partie chrześcijańsko-demokratyczne. Więcej: Lech Kaczyński do końca starał się wprowadzać te zasady w życie lub przynajmniej bronił ich przed ryzykownymi pomysłami reformatorskimi, jak ten z nadaniem prokuraturze statusu jakiejś czwartej władzy.

Jeśli pamięć mnie nie myli, to jesienią 2009 roku z aprobatą referowałeś w Senacie nowelizację ustawy o prokuraturze.
To prawda. Referowałem, reprezentowałem klub. Ale z tą aprobatą gruba przesada. Skończyłem wystąpienie słowami: podążamy w nieznane. Wracam do spotkania w POC. Zaproponowano mi kandydowanie do Senatu.

Długo się wahałeś?
Ani chwili. Z paru powodów. Obserwowałem szybki rozpad obozu solidarnościowego. Zapewne był to proces historycznie nieuchronny, ale przybrał formy, które mnie niepokoiły. Nie rozumiałem decyzji Tadeusza Mazowieckiego o kandydowaniu na urząd prezydenta, uważałem ją za błędną. Nikt dzisiaj już tej decyzji nie kwestionuje, lecz według mnie była nieporozumieniem. Zdecydowanie większym pożytkiem dla Polski byłaby możliwość kontynuowania przez niego roli premiera. Bardzo się o to kłóciłem z Edwardem Wende, gorącym zwolennikiem tej kandydatury na prezydenta. Nie podobało mi się demagogiczne podgrzewanie „wojny na górze” przez Lecha Wałęsę. W stylu kampanii, który został przygotowany przez jego sztab wyborczy, nie było miejsca dla poważnej refleksji, natomiast dobrze się w nim mógł ulokować Stanisław Tymiński z groteskową czarną teczką i równie groteskową obietnicą wyposażenia Wojska Polskiego w bombę atomową. Doceniałem osiągnięcia Sejmu X kadencji, „kontraktowego”, i Senatu. W latach 1989–1991 Zgromadzenie Narodowe wykonało ogromną pracę – to trzeba uszanować. Ale już wtedy w pracy parlamentu dawała się zauważyć skłonność do lekceważenia zasad tworzenia prawa. Mam na myśli chociażby nadprodukcję ustaw, a przecież wiadomo, że nadmiar prowadzi do niestrawności. To było jakieś przedziwne przekonanie o omnipotencji stanowionego prawa, przeświadczenie, że jak Sejm i Senat uchwalą, a prezydent klepnie, to słowo stanie się ciałem. Może się stanie – lecz najpierw trzeba pomyśleć o kosztach dostosowania. Senat jest po to, by zasad stanowienia prawa przestrzegać. W przeciwnym razie państwo popada w kłopoty. Przestaje służyć obywatelom. Co jakiś czas słyszę wrzask: zlikwidować Senat! Wrzeszczą, nie rozumiejąc, że bez Senatu trójpodział władzy przestaje dobrze funkcjonować. Zauważył to ponad dwieście pięćdziesiąt lat temu Monteskiusz i to od niego pochodzi pojęcie bikameralizmu. Jak do tej pory lepszego rozwiązania ponad Monteskiuszowskie nie znaleziono. Parlament musi mieć dwie izby. W niższej dochodzi do obrzucania się błotem, w wyższej następuje proces oczyszczenia. Ale żeby Senat mógł działać sprawnie, studzić namiętności, łagodzić konflikty, dbać o całość, powinien być odizolowany od sejmowego partyjniactwa. To znaczy, że w wyborach do Senatu powinno się głosować nie na partie, lecz na ludzi. Czy to możliwe w Polsce drugiej dekady XXI wieku? Tak, jeśli partie polityczne uznają trójpodział władzy za fundament swych zasad. Nie mówię o retoryce, bo o nią łatwo, ale o istocie rzeczy.

W wyniku wyborów 27 października 1991 roku zostałeś senatorem z listy Porozumienia Obywatelskiego Centrum, ale na liście z końca kadencji występujesz jako członek Ruchu dla Rzeczypospolitej – partii kierowanej przez Jana Olszewskiego.
Czasy były burzliwe. Polska znalazła się w nowej sytuacji geopolitycznej wskutek rozpadu ZSRR . Szalała inflacja. Radykalne reformy Balcerowicza doprowadziły, jak się zdawało, do wyczerpania się rezerw społecznej cierpliwości. Znaczna część opinii publicznej żądała szybkich zmian – nie zawsze zdając sobie sprawę z tego, że szybkie zmiany będą się wiązać z nowymi utrudnieniami. Narastał konflikt między prezydentem Wałęsą a braćmi Kaczyńskimi, potem zaś między nimi a premierem Olszewskim.
1 3 »
1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

Ten pan nie jest wiarygodny

0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

 •

Kokaina i zdrowy rozsądek nie idą w parze.

odpowiedzi (0)

skomentuj