O nowej wizji zabudowy pl. Defilad z architektem, prof. Sławomirem Gzellem rozmawia Piotr Olechno.
Jak podoba się Panu najnowsza wizja centrum?
Wygląda jak przygotowana na prima aprilis. Po pierwsze, powinna być bardziej dopracowana. Nie może mówić tylko o rozwiązaniach przestrzennych, ale musi być uzupełniona o analizy ekonomiczne, plany organizacyjne. Nie wiemy, czy w ogóle da się coś z tego wybudować, kto wyłoży pieniądze. Po drugie, jest chaotyczna, mamy tu od czynienia z wszystkimi formami budynków, swoistym ogrodem zoologicznym: jest i żyrafa i hipopotam.
Nie rozumiem też, dlaczego ratusz upiera się przy wieżowcach, i to takich powykręcanych. Przecież to ani ładne, ani modne, ani funkcjonalne.
Pani prezydent Warszawy podoba się Manhattan.
Ale tam wieżowce powstawały w sposób naturalny. Z potrzeby. Wielkie koncerny potrzebo-wały siedzib, a ziemia była droga, więc budowano coraz wyżej. Nowy Jork był i jest miastem superglobalnym, a Warsza-wa nie jest nawet regionalnym liderem w żadnym biznesie. Trzeba mieć świadomość pro-porcji. Jeśli władze chcą na placu Defilad stworzyć dzielnicę biznesu, jest na to za późno, największe firmy już mają swoje siedziby. Dlatego uważam, że te wieżowce zostaną na papierze.
Może wieżowce miały zasłonić Pałac Kultury.
Po pierwsze nie da się go zasło-nić, po drugie nie ma takiej potrzeby. Budynki nie mają za zadanie walczyć ze sobą, nowy budynek dodany do starego powinien tworzyć nową wartość w przestrzeni, rozwijać obraz miasta. Na tym polega ciągłość planistyczna. Plac Defilad to nie jest zbiór budynków, tylko szereg urbanistycznych wnętrz niezależnych od siebie. Takimi są np. dziedzińce przy każdym z wejść do Pałacu. Z dwóch (tego na-przeciw Kinoteki i pałacu mło-dzieży) można zrobić place, z pozostałych ich ściany: postawić tam nowe budynki, niekoniecznie wieżowce, które zamkną przestrzeń. Wtedy nie zaneguje się istnienia Pałacu, ale ludzie nie będą odczuwać jego nadludzkiej dominanty nad całym Śródmieściem. To podstawy kompozycji urbanistycznej. Studenci architektury uczą się tego na II roku studiów.
Nie lubi Pan wieżowców?
Nie przeszkadzają mi. Ale jeśli już mają stać, to tylko wzdłuż ul. Emilii Plater i na zachód od niej.
Planujemy zabudowę centrum od 20 lat. W Berlinie już wszystko wybudowano. Dlaczego im się udało?
Bo tam wszystkim zależało na czasie. Działki rozdzielono między inwestorów i biura architektoniczne. Projektem zagospodarowania placu Poczdamskiego zajmowała się przez 10 lat jedna osoba, naczelny architekt miasta Hans Stimmann. To on skończył z wielkimi konkursami na wielkie projekty, rozpoczął dogęszczanie tkanki miejskiej, by miasto wróciło do kształtu sprzed wojny. Kolejne władze nie chciały go usuwać. U nas wraz ze zmianą władzy w stoli-cy zmienia się cała koncepcja.
Plan Michała Borowskiego, który wciąż obowiązuje, obecne władze zamierzają wyrzucić do kosza.
To absurd. Można z nim polemizować, ale nie odrzucać. Przy tym ma zalety: jest na skalę warszawską, przewiduje budynki ok. 30 m wysokości. To rozsądne i logiczne. Ilość zabudowy nie może być większa, niż pozwala na to teren. Trzeba pamiętać o wy-wożeniu śmieci, o kanalizacji i parkingach. Planując wielką kubaturę placu Poczdamskiego, wybudowano ogromną infrastrukturę ze stacją trafo i przepompownią ścieków.
Rada dla ratusza?
Wziąć plan, który obowiązuje, zastanowić się, co w nim zmienić i ulepszyć. Podzielić teren na kawałki i zaproponować je inwestorom. Zabudowy-wać plac etapami, ale każdy kawałek po jego zakończeniu powinien tworzyć pewną całość. Wreszcie wyznaczyć kogoś, kto będzie tym wszystkim zarządzał, spinał każdy z kawałków. Instytucję podobną do Narodowego Centrum Sportu, które pilnuje budowy stadionu.