Menu Region

Lekarze muszą wybierać, które dziecko ratować

Lekarze muszą wybierać, które dziecko ratować

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Anna Górska

Prześlij Drukuj
Mali pacjenci po kilka tygodni czekają na zabieg. Każdy dzień zwłoki zagraża ich zdrowiu i życiu.
Kardiochirurdzy z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie-Prokocimiu co miesiąc ratują życie ponad 30 dzieci z całej Polski, które urodziły się z poważnymi wadami serca. Mali pacjenci często muszą czekać na zabieg przez kilka tygodni.

- To naraża dzieci na wielkie ryzyko. Takie operacje powinno się przeprowadzać zaraz po porodzie. Niestety, nie możemy nic zrobić - załamuje ręce prof. Janusz Skalski, kierownik oddziału kardiochirurgii dziecięcej krakowskiego szpitala.

Marek Kowalczyk zapewnia, że rozbuduje oddział dla małych pacjentów. - Mamy już 6 mln zł. Wkrótce rozpoczniemy prace - deklaruje. Zakończą się one jednak nie wcześniej niż za trzy lata. Do tego momentu mali pacjenci nadal będą skazani na wielotygodniowe oczekiwanie na zabieg, który może uratować im życie.

Każdego roku w Polsce rodzi się ok. 3 tys. dzieci z wadami serca. Na pomoc mogą liczyć w kilku ośrodkach w Polsce. Największy oddział kardiochirurgii dziecięcej działa w warszawskim Centrum Matki i Dziecka. Szpital Dziecięcy w Krakowie jest drugi co do wielkości. Zespół prof. Skalskiego rocznie operuje ponad 400 dzieci. Mógłby znacznie więcej. - Jesteśmy na to przygotowani - deklarują lekarze.

Prof. Skalski na swoim oddziale ma do dyspozycji tylko 10 łóżek. To stanowczo za mało. Sytuację poprawiłoby pięć dodatkowych specjalistycznych stanowisk z monitorem i respiratorem. Ich koszt to 2 mln zł. Kardiochirurdzy proszą o nie od dawna. Dyrekcja szpitala tłumaczy jednak, że nie ma pieniędzy. Lekarze są zmuszeni do podejmowania dramatycznych decyzji.

- Nie wiem, co mam robić, gdy jednego dnia trafia do mnie pięcioro chorych dzieci, a mam tylko jedno wolne łóżko. Według jakiego klucza mam wówczas dokonywać selekcji? - pyta prof. Skalski.
- Przyjąć jednego chorego i odłączyć od respiratora innego? Czasem proszę kolegów z innych oddziałów, by przyjęli moich małych pacjentów i upchali do swoich sal. Nie zawsze to się udaje - podkreśla profesor.

Joanna i Marek Wieliccy z Wrocławia, rodzice Jasia, na operację swojego synka czekali trzy tygodnie. - Nikomu tego nie życzymy. To koszmar. Musisz czekać tygodniami, podczas gdy liczy się każda minuta. Najgorsza jest bezsilność - mówią.

Jaś urodził się z bardzo ciężką wadą serca: wspólnym pniem tętniczym i przerwaniem łuku aorty. Pilnie potrzebował pomocy kardiochirurgów. Zdesperowani rodzice i lekarze, którzy opiekowali się dzieckiem, błagali o ratunek medyków z różnych zakątków Polski. W żadnym ze specjalistycznych ośrodków w Łodzi, Warszawie i Wrocławiu lekarze nie przyjęli chorego malucha. Bali się, że operacja może się nie udać.

Na przeprowadzenie ryzykownego zabiegu zdecydował się dopiero prof. Skalski. Jaś musiał jednak czekać w kolejce. - Nie miałem wtedy ani jednego wolnego łóżka - wspomina z rezygnacją lekarz. - Dzielna mama Jasia walczyła o synka jak lwica. Dzwoniła do mnie codziennie. Nie mogłem jednak nic zrobić. W końcu zwolniło się miejsce. Na szczęście operacja się udała. Chłopiec wyszedł już ze szpitala. Jest zdrowy.

Lekarze z Prokocimia czekają, aż szpital wyremontuje oddział chirurgii i blok operacyjny. Pozwoli to na zwiększenie liczby łóżek na kardiochirurgii dziecięcej i rozładuje długą kolejkę oczekujących na zabieg. Ale dopiero za trzy lata.
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się