Wróbel i Chantall. Pochodzi z plemienia Baluba, skończyła architekturę na Akademii Sztuk Pięknych w Kinszasie (© Grzegorz Mehring/POLSKA)
Tomasz Słomczyński, Piotr Mielcarek
2009-04-02 23:25:28, aktualizacja: 2009-04-02 23:25:28
Przemierzył rowerem Afrykę. W Kongu zakochał się w czarnoskórej Chantall i poślubił ją. O Bogu, który jest w słońcu, głodzie, czarach i miłości na Czarnym Lądzie Paweł Wróblewski opowiada Tomaszowi Słomczyńskiemu i Piotrowi Mielcarkowi
Niesamowita hstoria Wróblowej miłości już zrobiła literacką karierę. Opisał ją Tomasz Słomczyński w reportażu "Na Baluba mówią: Żydzi", którym wygrał III edycję Konkursu im. Macieja Szumowskiego. Teraz przyszedł czas na podsumowanie całej podróży Pawła "Wróbla" Wróblewskiego po Czarnym Lądzie. Ten wywiad jest fragmentem jego książki "Do ciepłych krajów", której medialnym patronem jest nasza gazeta.
SAHARA: WOLNOŚĆ
Wróbel, wysiadasz na lotnisku, bierzesz rower, rozpoczynasz podróż. Powiedz, co uderza człowieka, który wylądował w Aryce. Co jest inne?
Słońce. Ma inny kolor. Światło ma inny kolor. Kolory są bar-dziej żywe. To banał, ale tak jest. Kiedy stajesz na kontynencie afrykańskim, słońce zaczyna pełnić zupełnie inną rolę. Jest bardziej święte.
Co to znaczy?
Zaczynasz nie tyle pojmować, co intuicyjnie wyczuwać, czemu słońce było bogiem w tylu kulturach.
Dla ciebie słońce jest święte?
Spróbuj to sobie wyobrazić: wysiadasz w Maroku, wiesz, że czeka cię przejechanie Sahary. I że to słońce, które teraz jest takie śliczne, pewnie nieraz da ci w kość. Ono przestaje być tylko żarówką na niebie. Staje się istotą. Łapiesz z nim osobistą relację, uświadamiasz sobie, że może cię zabić. Bo po drodze nie spotkasz nikogo, będzie tylko ono - rozpalone, zniewalające, odbierające siły. I zaczynasz myśleć: tak, Bóg musi być w słońcu.
Jak to jest, kiedy wyjeżdża się ze strefy zamieszkanej przez ludzi, zurbanizowanej? Piszesz na swoim blogu: czy to już? Czy to Sahara?
Wiesz, ja podświadomie do niej tęskniłem. Czułem się jak szczeniak, który umówił się na randkę i nie może się doczekać piątej.
Chodzi o pustkę? O jednostajność krajobrazu?
O brak rzeczy, które cię rozpraszają. O to, że jesteś tam sam ze sobą... I z Absolutem. To działa jak narkotyk, jakby ktoś zaaplikował ci głupiego jasia. Nie bez powodu mieszkańcy Sahary uważają, że życie pustynne to jest najbardziej komfortowe życie, jakie można prowadzić. Oazy są jak porty. Wypływasz z portu, jesteś panem wszystkiego, pierwszym po Bogu. Panem i władcą na krańcu świata.
Na tym oceanie niczego ci nie brakowało?
W Maroku, Saharze Zachodniej i Mauretanii tęskniłem za widokiem kobiet, które swobodnie się zachowują, które się śmieją. Za miejscem, w którym nie będę musiał się zastanawiać, czy nie za bardzo zbliżyłem się do kobiety, czy jej to nie obraża. W krajach arabskich zaczynasz popadać w paranoję, że twój naturalny stosunek do kobiet jest niedozwolony. Zachowujesz się sztucznie, z rezerwą, cały czas się kontrolujesz. Te męczarnie kończą się dopiero w Czarnej Afryce. I nie od razu.
W Mali, pamiętam, na ławeczce zrobili mi miejsce obok dziewczyny, a ja nie wiedziałem, czy mam usiąść. Jak to, obok obcej kobiety? Też coś! Przecież w Mali 90 proc. ludzi to muzułmanie. Tyle że to jest zupełnie inny islam niż arabski. Usiadłem obok tej dziewczyny i, wyobraź sobie, zacząłem mieć nieczyste myśli. Wiesz, nałożenie tak silnego jak u Arabów tabu na jakąkolwiek seksualność sprawia, że zaczynasz myśleć pewną częścią ciała. Patrzyłem na tę dziewczynę i naprawdę myślałem o seksie (śmiech).
BURKINA FASO: GŁÓD
Pisałeś na blogu, że w Burkina Faso nie widać, że to najbiedniejszy, najsłabiej rozwinięty kraj świata. Nie widać znanych z telewizyjnych obrazków szkieletów wygłodniałych ludzi.
Nie widziałem szkieletów. Głód w Afryce objawia się w niedożywieniu. Jesz za mało, ale nie umierasz, tylko słabniesz. To jest typowe dla wszystkich afrykańskich krajów, w których byłem.
Co sądzisz o rozdawaniu jedzenia?
W przypadku klęsk żywiołowych, jako akcja doraźna, jest potrzebne. Zaczyna być problemem, gdy staje się codziennym elementem życia. Stała pomoc uzależnia, odbiera samodzielność, niszczy inicjatywę. Zamiast ryby świat powinien dać Afryce wędkę. A co robią Chińczycy? Wprowadzają bardzo tanie produkty. Kiedyś dobrze rozwijał się przemysł tekstylny. Potem weszły tańsze chińskie tekstylia i nikomu w Afryce nie opłacało się już produkować podkoszulków. Podobnie jest z żywnością. Swego czasu kraje Sahelu postawiły na ryż, bo sprowadzany z Azji był bardzo tani. Tymczasem w ciągu ostatniego roku ceny ryżu wzrosły średnio trzykrotnie. Robi się tragedia. Dziecko z Burkina Faso będzie jadło trzy razy mniej ryżu. Nie umrze z głodu, ale będzie jeszcze słabsze.
To co robić?
Mieszkańcy Afryki mówią: "Wy nam nie pomagajcie, wy nas traktujcie uczciwie, po partnersku".
AFRYKA ŚRODKOWA: CZARY
Czy religijność nie gryzie się z wierzeniami w czary? Jak sobie z tym radzą Afrykańczycy, a jak misjonarze?
Ci misjonarze, których spotkałem, wierzą w czary. Ja też wierzę w ich moc sprawczą. Tak jak wierzę w moc sprawczą modlitwy. Przed islamizacją i chrystianizacją Afryki czarownik był kapłanem religii. Teraz jest kimś w rodzaju banity, nosiciela dawnych wierzeń, do którego idziesz, jak masz jakiś problem. Wiara Afrykańczyków w czary jest nieprawdopodobnie silna. Pewien chłopak, kiedy dowiedział się, że został na niego rzucony czar, tak się przeraził, że przestał mówić i słyszeć. Mnie, szczerze mówiąc, przerażało to, co widziałem. Ilekroć stykałem się z czarami, próbowałem je tłumaczyć racjonalnie, jako mechanizm samospełniającego się proroctwa.
Poznałeś jakiegoś czarownika?
Wyobraź sobie grubego, łysiejącego faceta w garniturze, zachowującego się dystyngowanie, z godnością. Za to atmosfera jak z gabinetu wróżki - mrok, rozmowy toczone szeptem. Nie miałem żadnego interesu, po prostu byłem ciekawy gościa. Poszliśmy więc do knajpy, wypiliśmy po piwie i gadaliśmy o… kobietach, bo jak się okazało, ta knajpa to był burdel.
Próbowałeś się ochronić przed czarami?
Mam amulet na szyi, to jest krzyżyk misjonarski. Chroni mnie przed złymi mocami. Amuletem mogą być piórka, ziarna jakiejś rośliny, często noszone przy krzyżyku na zasadzie: Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. To jest też amulet [Wróbel pokazuje nadgarstek] - bransoletka z miniaturkami Maryjek, Jezusków i innych świętych.
GABON: RYZYKO
Bałeś się dżungli?
Cóż, prawda jest taka, że bardzo często w tej podróży ryzykowałem życie. Kiedy po nocy spędzonej samotnie, bez broni, w gabońskiej dżungli rano wjeżdżasz do wioski, a tam akurat wynoszą z lasu olbrzymiego pytona, który byłby w stanie cię zeżreć, to myślisz sobie, że miałeś szczęście. Jadąc do Afryki, wielu rzeczy się bałem. Duże niebezpieczeństwo wiązało się z tym, że byłem sam. Wchodziłem na przykład na nocleg głęboko w dżunglę właśnie dlatego, żeby być bezpiecznym, żeby nikt nie wiedział, że tam śpię. Z drugiej strony, jeśli cokolwiek by mi się stało, nikt nie przyszedłby mi z pomocą. Starałem się nie myśleć o niebezpieczeństwach. No bo jakie miałem wyjście? Albo zrezygnować z tej podróży, albo zmienić jej formę i spać w hotelach. A na to nie było mnie stać.
Pisałeś na blogu o tym, jak pobito cię w Kinszasie, stolicy Konga. Incydent z kibicami to chyba najbardziej dramatyczny moment twojej podróży.
To było tuż po meczu Kongo - Egipt. Kongo przegrało, a mnie wzięli za Egipcjanina. No i zaczęło się zbiorowe okładanie. Nie bałem się, że mnie zatłuką, martwiłem się tylko o paszport i karty kredytowe, które miałem w saszetce przytroczonej do pasa. Starałem się tak upadać, żeby ta saszetka znajdowała się między mną a ziemią. I się udało. Jak już mnie zostawili, poczułem się jak zwycięzca. W sumie nic mi się nie stało, bolało mnie i tyle. Za to moja towarzyszka, która też oberwała, trafiła do szpitala. Potem się dowiedziałem, że i u niej wszystko dobrze się skończyło.
KONGO: MIŁOŚĆ
Jak poznałeś Chantall?
W kawiarence internetowej. Okazało się, że mamy bardzo dużo wspólnych tematów. Chantalka dwa tygodnie wcześniej zrobiła licencjat z architektury na Akademii Sztuk Pięknych w Kinszasie. Zakochałem się po prostu. Nie wiem, jak to opisać inaczej. Zakochałem się i już.
No tak, dwie randki i oświadczyny!
Fakt, długo się nie namyślałem. Przyszło mi to do głowy w trakcie kupowania papierosów. Oświadczając się, miałem wrażanie totalnej śmieszności tej sytuacji. To znaczy wiedziałem, że to nie jest idiotyczne, ale że ona może to tak odebrać.
Co powiedziała?
Odpowiedzi nie dostałem od razu, tylko następnego dnia. Teraz wracam do Kinszasy i się pobieramy. Czekam na pozwolenie na zawarcie małżeństwa za granicą, muszę wymienić paszport, uzyskać wizę kongijską, kupić bilet.. I lecę.
PS Wywiad został przeprowadzony 27 listopada 2008 roku w Gdańsku. W lutym 2009 Wróbel z Chantall wylądowali w Polsce. Tymczasowo zamieszkali w Gdańsku.