Menu Region

Gdy kuleje gospodarka, trzeba bazować na rodzinie

Gdy kuleje gospodarka, trzeba bazować na rodzinie

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

rozmawia Jacek Antczak

1Komentarz Prześlij Drukuj
Z Janisławem Muszyńskim, biznesmenem, szefem Dolnośląskiego Forum Gospodarczego i Dolnośląskiej Fundacji Rozwoju Regionalnego, rozmawia Jacek Antczak
Nasza gazeta jako pierwsza opublikowała ogólnoświatowe badania, z których wynika, że akurat Polacy niespecjalnie się przejmują kryzysem. Tylko 43 procent uważa, że tak źle jeszcze nie było. Jak Pan myśli, dlaczego?
Bo z historii i własnych doświadczeń wiemy, że Polacy w znacznie gorszych sytuacjach sobie radzili.

Myśli Pan o prywatnym biznesie, który założył Pan w centrum kryzysu... w 1982 roku czy może o początkach polskiej przedsiębiorczości po 1989 r.?
I o jednym, i o drugim. Ba, wspominam przeszłość własnych rodziców, którzy musieli sobie radzić w latach 50., kiedy w jednym dniu stracili wszystko, co mieli.

Jak to?
Moja babka, jeszcze przed wojną, miała w Kaliszu fabryczkę cukierków. W latach 40. zaczął ją prowadzić mój ojciec - mieliśmy sklep w rynku i świetną sprzedaż naszych produktów w regionie. Tak było do 1950 roku, kiedy fabryczkę znacjonalizowano, a potem przyszła wymiana pieniędzy i w jeden dzień straciliśmy wszystkie oszczędności. Była bieda, ale ojciec się nie zraził, przerobił maszynki do mielenia mięsa na maszyny do produkcji landrynek. I z tymi landrynkami jeździł na okoliczne targi. I jakoś się żyło. W każdych warunkach można dać sobie radę, choć pewnie dziś, w czasach kryzysu z produkcji landrynek nie dałoby się utrzymać.

A z produkcji modeli samochodzików Formuły 1?
(śmiech) Aaa, mówi Pan o tym, czym się zająłem, gdy w 1982 we Wrocławiu przestałem być dyrektorem dużej państwowej firmy. Przedtem wymyśliłem pudełka na spławiki.

Co?
Pudełka na spławiki. Załatwiłem rurę plastikową i z piłki do metalu zrobiłem takie urządzenie do ich produkcji. Pracowałem w piwnicy, biegałem po sklepach i sprzedawałem swoje produkty. Potem zacząłem robić budki do dziecięcych wózków, a potem we współpracy z polonijną firmą te samochodziki. Szły jak woda, w dziesiątkach tysięcy.

Dziś - w czasie kryzysu - też jest czas na tego typu pomysły?

Oczywiście, choć rzeczywistość jest zupełnie inna. Natomiast nie zmieniło się jedno - w każdej chwili taka mała firma może wejść z nowymi produktami albo usługami i osiągnąć sukces, przynajmniej na rynku lokalnym.

Na topie, szczególnie we Wrocławiu, są nowe technologie, usługi internetowe.
To ryzykowny, globalny i krwawy rynek, myślałem raczej o bardziej niszowych rzeczach. Szukaniu rynku dla malutkich firm w obrębie kilometra, półtora kilometra od miejsca zamieszkania.

Wolny rynek w obrębie półtora kilometra? I to może być sposób na przetrwanie kryzysu?
Jak najbardziej. Sprawdza się przy jedno-, dwu-, trzy-, pięcioosobowej firmie. Szczególnie dla ludzi zwolnionych z innych, większych przedsiębiorstw.
1 3 »

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

a gdy jest prosperity można chodzic na dziwki?

+4 / -1

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

wap (gość)  •

och ty osiołku! I Ty zadajacy pytania i odpowiadajacy. To jest dziennikarstwo z lokalnych gazetech. Z miasteczek 30-40 tysiecznych.

Czy zdjecie ( stan na 04:23) robiliscie komórką?

Obciach.

odpowiedzi (0)

skomentuj